Wczoraj, kiedy byłam w pracy, spotkałam po kilku latach znajomą. Dziewczyna ta pracuje w domu dziecka.
Opowiedziała mi historię pewnej, małej dziewczynki.
Dziecko trafiło do nich na placówkę półtora roku temu. Małą znalazła sąsiadka w strasznym stanie. Brudna i głodna chodziła po ulicy błagając obcych ludzi o cokolwiek do jedzenia. Oczywiście ludzie jak to ludzie mieli to gdzieś. Dopiero sąsiadka dziewczynki zabrał ją do swojego domu. Tam ją nakarmiła i umyła. Okazało się, że rodzice dziecka wcale nie interesują się nią. Zajęci są piciem i awanturami. Basia, bo tak ma na imię, była zaniedbana. Pani Zosia zadzwoniła do opieki społecznej i powiadomiła o całej sytuacji. Pracownica instytucji zabrała małą ze sobą. I tak trafiła do domu dziecka.
Nie potrafiła odnaleźć się wśród tych wszystkich dzieci. Lgnęła do wychowawczyń, ewidentnie było widać, że dziecku brakuje czułości, której nie miało w domu rodzinnym.
W sądzie rodzinnym odbyła się sprawa o pozbawienie praw rodzicielskich, które zostały odebrane rodzicom dziewczynki. W tym momencie Basia została sama... Powiem Wam, że nie wiem co gorsze: wegetacja przy rodzicach alkoholikach, czy samotność w domu dziecka. Naturalnie pomyślałam od razu o swoich dzieciach i naszej sytuacji, że nie jest taka zła bo mamy siebie, a ona biedna nikogo... Agata, moja koleżanka, opowiadała, że najgorszy był okres przedświąteczny, kiedy przychodzili zupełnie obcy ludzie i zabierali dzieci na dzień lub dwa i oddawali z powrotem, bo takie są przepisy. Jeśli natomiast, ktoś chciałby adoptować dziecko ogrom dokumentów i wymogów jest taki, że normalna, zwykła rodzina nie ma szans na przysposobienie dziecka. Powiedzcie, jak to jest? Dziecko, które miałoby szansę na normalny dom, nie może go mieć, bo normy polskiego prawa są nie do przeskoczenia. Rodziny patologiczne mają po kilkanaście dzieci, biorą 500+ i nie szanują tego co mają, a rodziny, które mogły by zapewnić małej istocie kochający dom, pełną i szczęśliwą rodzinę,nie mogą mieć dzieci, albo nie mogą ich adoptować bo nie spełniają warunków. Bez sensu to wszystko. Czy lepiej w takim razie jest, że tyle dzieci zostaje w bidulu, zamiast znaleźć dom? Chętnie potrząsnęłabym niektórymi mądrymi głowami w rządzie, żeby się opamiętali i zmienili rygorystyczne przepisy dotyczące adopcji. Zabrać dziecko rodzicom to nie problem, ale odzyskać je z powrotem to jak wejść po schodach do nieba.
Na szczęście małej Basi poszczęściło się i spotkała nowa wymarzoną rodzinę. Tylko, że to jest jedna Basia, reszta dzieci gdzie ma swój upragniony dom?