Polskie biblioteki publiczne chwyciły się koncepcji Oldenburga jak tonący brzytwy. Dla dyrektorów (lub kandydatów na dyrektorów) to była często baza tworzenia wizji, koncepcji czy planu pracy na kolejne lata. Na posiedzeniu rady czy komisji (miejskiej, gminnej), w której żaden radny nie korzysta, nie jest czytelnikiem, nie bywa na organizowanych wydarzeniach można było roztaczać taką właśnie wizję, uzasadniając potrzebę utrzymania dotychczasowej liczby etatów dla często wieloletnich pracowników, podczas gdy słupki obrazujące aktywnych czytelników i wypożyczenia są coraz niższe. A tego organ nie lubi - słupki powinny rosnąć. Zatem w zamian prezentowano pomysł "nowoczesnej biblioteki - trzeciego miejsca".
Czy biblioteka może być dla kogoś trzecim miejscem? Tak. Na podobnej zasadzie jak siłownia (również niewymieniona w The Great Good Place), bo z założenia nie rozmowa w obu przybytkach jest główną aktywnością, a jednak często użytkownicy (w pierwszym przypadku czytelnicy, w drugim ćwiczący) ją nawiązują.
Czy ktoś, kto wcale nie czyta książek pójdzie do biblioteki skorzystać z "trzeciomiejscowej" oferty? Z praktyki wiem, że raczej rzadko - musi to być jakieś niestandardowe (a nawet kontrowersyjne) wydarzenie lub spotkanie ściśle trafiające w gust takiej osoby.
No i obecnie trzecie miejsca w realu mają potężną konkurencję w świecie wirtualnym - to na Disordzie, grupkach FG, pozostałych przy życiu forach, streamach ludzie czują się komfortowo, dyskutują, spędzają wesoło czas i to te przestrzenie uznają za "swoje".
RE: Miejsca trzecie, czyli jak Polacy wypaczyli teorię Oldenburga