Byłam właśnie w trakcie pisania bardzo osobistego posta, w zamiarze miałam również wytłumaczyć i przeprosić za moje długie milczenie, aż tu nagle… zdruzgotana, postanowiłam poruszyć inny temat.
Z góry zastrzegam, że nie chcę generalizować, ani nikogo obrażać, to są jedynie moje prywatne i trochę przerażające mnie odczucia dotyczące konkretnej grupy społecznej przebywającej w określonym miejscu.
Jak niektórym wiadomo, na początku roku ruszyliśmy do kraju tulipanów, serów i legalnej marihuany w ramach „odkucia się” po ostatnich naszych beztroskich wuajażach. Po niemałych turbulencjach z agencją za pośrednictwem której postanowiliśmy pracować, dotarliśmy na miejsce. Hotel pracowniczy okazał się być całkiem elegancki, wyposażony, a obsługa bardzo pomocna i przede wszystkim MIŁA. Pomimo braku jakichkolwiek informacji od nowego pracodawcy, postanowiliśmy wejść w ten nowy świat, jak to my, z uśmiechem oraz pozytywnym nastawieniem.
Pierwsze zderzenie z rzeczywistością: mało kto odpowiada na Twoje pozdrowienia (jeśli w ogóle). Na początku myślałam, że słabo mnie słychać, potem, że może faktycznie są głusi, albo, że Ukraińcy i po prostu mnie nie rozumieją. Oj naiwnaś. Polak zarabiający w euro, dumnie patrzący w niebo, ewentualnie z wielką pogardą na Ciebie nie odpowie Ci „cześć”. Czego Ty oczekujesz, nowa jesteś, postaw się do pionu!
Z płomykiem nadziei myślałam, że o, może podejście na zagadywanie będzie miało lepsze efekty, przecież jest tyle tematów do rozmów! Oj głupia. Kątem ucha przechwyciłam, jak jeden gość żali się do mojej koleżanki z działu, że ciężko było wrócić do pracy po pobycie w Gruzji i że ogólnie to zachwycony jest tym krajem. Zapaliła mi się lampka PODRÓŻE i postanowiłam zaatakować pytając jak było, ile czasu tam spędził i że w sumie mi też trudno było wrócić do pracy po prawie 1,5 rocznej przerwie, podczas której sporo podróżowałam tu i tam. Nawet użyłam określenia Ameryka Południowa i Centralna, by sprowokować jakiekolwiek pytanie. Na próżno. To nie tak, że się chwalę czy coś, chciałam w jakikolwiek sposób nawiązać kontakt, skleić temat do rozmowy, poznać człowieka. Bezskutecznie. Popatrzył na mnie krzywo i bez słowa wrócił do swojej pracy.
Postanowiłam niezłomnie się uśmiechać i witać mijających mnie ludzi. Po dwóch dniach mi przeszło. Bez jaj, żebym się kłaniała facetom i może jeszcze przepuszczała ich w drzwiach… kultura nasza kuleje, tyle Wam powiem.
Po pierwszym weekendzie w hotelu, nasi dumni Polacy zepsuli windę. Tak dzieje się, gdy piguły oraz alkohol wejdą za mocno. Wtedy też (u niektórych nawet i bez tego) język może się plątać i wrzucać najpopularniejsze polskie słowo na k w każde zdanie.
W miejscu naszego zatrudnienia staliśmy się na swój sposób rozpoznawalni przez to, że chodzimy do pracy. Brzmi banalnie, prawda? Jednego dnia chyba z 10 osób zwróciło nam uwagę, że „przecież są rowery” i czy nie szkoda nam czasu. I wtedy zaczęłam zastanawiać się jak taki typowy polak zagranico zagospodarowywuje sobie czas, że z bólem w głosie tak boi się o mój.
Patrząc na mieszkańców naszego hotelu (lub raczej akademika, jak go z nazwaliśmy) wyszczególnić możemy kilka aktywności: praca, zakupy, gotowanie, czy też rozmrażanie gotowych posiłków, spanie i łikendzik, czyli NAJEBKA już od piątku po pracy (przepraszam za słowo, ale inaczej tego określić nie można) trwająca do niedzieli.
Istotną rzeczą jest również trzaskanie drzwiami. Ktoś zaraz zapyta, Czaszka, co Ty bredzisz? Już wyjaśniam – czy to północ czy 7 rano, słyszysz potężny trzask, który trzęsie całym piętrem. Zaczęłam się w pewnym momencie zastanawiać czy to może ludzie z jakiegoś plemienia w Polsce, które nie posiada drzwi, ale w sumie, wychodząc ze stodoły też można tak trzasnąć, a co. Generalnie chodzi o to, że drzwi te są dosyć ciężkie oraz posiadają mechanizm zamykający (nie wiem jak to profesjonalnie nazwać) i puszczone wolno zamykają się z hukiem, ale jak się chce, można tego trzasku uniknąć. To nie to, że się czepiam. Wczorajszej nocy, na przykład, mocno zabombiony jegomość próbował dostać się do swego pokoju, gdzie spała jego, zapita w sztok niewiasta. Walił w drzwi tak, jakby ubijał kotlety, tylko że z 10 – krotnie większą siłą rażenia. Mój mężczyzna spał jak dziecko, a ja musiałam przez chwilę dojść do siebie, by stwierdzić, że to nie są odgłosy pasujące do mojego snu. Tej nocy natomiast, koło 4 - tej nad ranem jeden z zalanych Sebixów próbował dostać się do naszego pokoju. Pomylił piętra i przez jakieś 10 minut szarpał się z drzwiami, aż nas obudził. No cóż, zdarza się… Łikendzik zbiera swoje żniwa.
Powracając do tematu naszych dziwactw, to byliśmy również pytani czy na zakupy także chodzimy pieszo i w ogóle jakim cudem jesteśmy w stanie zrobić je na cały tydzień. Do tego, jak wyszło na jaw, że w zeszłym tygodniu udało nam się dojechać na stopa do Rotterdamu to w odpowiedzi usłyszałam, że „normalni ludzie tak nie robią”. Nic no, dziwaki z nas straszne, co jeszcze po angielsku gadają z holendrami. Bo typowy Polak za granico w wersji Holenderskiej nie gadać po angielski. On znać kilka słów, bo po co więcej, nie ma na to czasu.
I cóż tu się dziwić Holendrom, że Polaków nie lubią. Robią syf i burdy, wynajmować mieszkań się im nie opłaca, bo remont po takich delikwentach kosztuje krocie, kradną, śmiecą, nie ma się jak z nimi porozumieć, bo tylko jes i okej. Przykre, bo przyjeżdżają takie dziwolągi jak my i na dzień dobry, gdy oznajmimy skąd jesteśmy, mamy przypinaną łatkę „typowego Polaka”.
To nie tak, że są tu tylko typowe Seby i Karyny, którym zdanie bez słowa na k nie przejdzie przez otwór gębowy. Poznaliśmy kilka fantastycznych, miłych otwartych osób z którymi można porozmawiać na różne tematy, ale wciąż, jest to tylko garstka na tle mało ambitnej i średnio rozgarniętej KUPY polskich uchodźców. Przykre, ale jak nas widzą, tak nas piszą i wrzucają do jednego wora.
Przepraszam jeśli uraziłam czyjeś uczucia. Chciałam tylko opisać to co ujrzałam przez te prawie 2 tygodnie przebywając w Holandii. I nie powiem, zszokowało mnie to na tyle, by napisać o tym post ;) Będąc w różnych krajach raczej miałam neutralny stosunek do naszych rodaków. Niekiedy fajnie było usłyszeć nasz rodzimy język i doprowadzić do krótkiej wymiany zdań. Dziwi mnie jednak to, że nie jesteśmy jak nasi sąsiedzi, którzy spotykając się przypadkowo na wakacjach gdzieś na krańcu świata potrafią bez problemu zjednoczyć się, porozmawiać czy powymieniać się wrażeniami.
A co do nas - tak, jesteśmy narcyzami - darmozjadami, które by się tylko chwaliły jak to jeździły po "Hamerykach" i nie pracowały. Dziwolągami, co ich nie stać na samochód i szkoda wydać 4 euro na wypożyczenie roweru. Co chcą chodzić na koncerty, szlajać się po miastach, poznawać obce kultury i rozmawiać z tubylcami. Tymi co chcą trochę więcej od życia niż piguły, flaszka wódki i wolny łikendzik.
Pozdrawiam z uśmiechem!
Czaszi
Zdjęcie małych dresiątek zapożyczone z serwisu Flickr :)