Znaki (Signs) 2002
Z Melem Gibsonem już tak mam, że niektóre jego role są dla mnie kultowe i żadne późniejsze wygłupy tego nie zmienią. Jednocześnie muszę przyznać, że jest on jedną z ofiar zmieniającego się Hollywood, czego dowodem jest znaczne obniżenie poziomu produkcji, w których gra od co najmniej dziesięciu lat. Na szczęście Znaki to film z okresu, kiedy Gibson był jeszcze jedną z topowych gwiazd kina.
Australijczyk wciela się tu w byłego pastora, który po śmierci żony odwrócił się od Boga. Pewnego dnia odkrywa na swoim polu tajemnicze kręgi…
Teoretycznie koncepcja filmu jest prosta jak konstrukcja cepa a jednak tym co go wyróżnia na tle setek kinowych inwazji jest niezwykły klimat stworzony przez reżysera m.in. Osady czy Szóstego zmysłu M. Night Shyamalana. Mamy tu do czynienia z reakcją zwykłych ludzi na kwestię ataku obcych, bez oślepiających widza eksplozji, bez armii kosmitów za to w poczuciu wszechogarniającej beznadziei i obawy o bliskich.
I nagle okazuje się, że film nie opowiada o tym wszystkim, co nam pokazywano…
Znaki mają wszystko, żeby zostać filmem kultowym. Niestety mają również scenę walki z kosmitą w salonie głównego bohatera. Nie rozumiem jak można było tak zepsuć finał filmu, który wydaje się dopieszczony w większości swoich elementów. Niemniej z czystym sumieniem mogę go wszystkim polecić.
Moja ocena 7/10.