Od wczesnej młodości prześladuje mnie Południe. Moje małe miejsce na mapie, położone tuż obok, w którym znajduję swój spokój. To nie kraj, choć ma swoją nazwę. Dla mnie to przestrzeń, ziemia szczęśliwa, do której wracam tylko z pozoru, bo za każdym razem jestem w niej inny. W życiu bywa tak, że stajemy się niewolnikami tych swoich miejsc. One przestają należeć do nas, a to my zaczynamy należeć do nich snując ich senną melodię podług partytury, którą nam podsuwają. Na szczęście nie umiem czytać nut, jestem wolny od prześladujących melodii i za każdym razem nucę inną piosenkę. Kiedyś myślałem, że większość z nich pochodzi z kasety Dire Straits, jedynej która pomimo lat, wciąż czysto grała w moim samochodzie. To jednak nieprawda.
Zawsze mam czystą kliszę, ale jakże bym mógł niemieć swoich ulubionych miejsc, skoro mam swoje ulubione uliczki, trasy z przystanku do domu i ulubione latarnie na krakowskich Plantach. Mam zatem i swoje ulubione miejsca, do których lubię wracać, a są one za każdym razem inne, tak jak w każdym wiosennym powiewie wiatru czuć zupełnie inny kurz przyniesiony za każdym razem znad innego miasta. Miejsca rzadko się zmieniają, są takie jakie są, trwają od wieków, jedne od czasów Tracjana, drugie od epoki św. Stefana, wielkiego władcy chrześcijańskiej Europy. Kiedy zmęczony jestem już przygnębiającą kopułą chmur zwisającą nad Krakowem, kiedy brak mi sił by wziąć z rana pierwszy głęboki oddech, jadę na Węgry, do kraju mojej małej Arkadii.
Do naszych południowych przyjaciół jeżdżę od czasów nastoletnich. Mój Ojciec nigdy nie lubił dalekich podróży, jazda samochodem go męczyła, denerwowała, a w tamtym czasie nie wiodło się tak dobrze, by móc pozwolić sobie na podróże samolotem. Tak więc wspólnie z rodzicami jeździłem na przeróżne kempingi na Słowacji, racząc się nocami pod namiotem, rozlatującymi się huśtawkami i delikatnie falującą taflą jeziora. Jeździliśmy tam często. Zamki, baseny, kempingi i żetony do automatów z grami, to całkiem ładne wspomnienie. Nie jest ono może przesadnie radosne, bowiem zawsze miałem problem z nawiązywaniem wakacyjnych znajomości i raczej byłem tym dzieckiem, które godzinami wpatrywało się w drugi brzeg jeziora, zastanawiając się nad tym, co też może się tam dziać i czy to czasem nie jest jakiś inny, szczęśliwszy świat. Lubiłem też znajdować sobie w tym kempingowym świecie jakaś piękną dziewczynę, do której oczywiście nigdy nie zamierzałem podchodzić, na którą jednak lubiłem spoglądać i spacerując, ku zmartwieniu szukających mnie rodziców, zastanawiać się kim może ona być. To był pierwszy etap moich wypraw, mojej wyobrażonej przestrzeni.