Dla jednych bohaterami młodości są piłkarze, dla innych piosenkarze czy aktorzy, a dla mnie… kucharze, restauratorzy i kulinarni podróżnicy!
Gordon Ramsay, Anthony Bourdain (RIP), Jamie Oliver, Andrew Zimmern, a z naszego podwórka Magda Gessler, Robert Makłowicz i Pascal Brodnicki.
To między innymi oni uczyli mnie jak komponować smaki, dbać o standardy i prowadzić zarabiający biznes.
To również z nimi stawiałem pierwsze kroki w kuchni i to im zawdzięczałem pierwsze rany od noża na palcach.
Podziwiałem ich programy w TV, czytałem książki kucharskie i biografie, przerabiałem kursy na YouTube i dzięki nim opanowałem teorię.
NA POCZĄTKU BYŁ MDŁY KRUPNIK
W moim domu nikt nie lubił, więc i nie potrafił dobrze gotować. Mdłe, powtarzane co tydzień oklepane schematy. Bitki, krupnik, schabowy, od święta bigos. Wszystko świeże, ale zupełnie pozbawione smaku i polotu.
Dla mnie to było za mało, za słabo, za słono - od jedzenia oczekiwałem znacznie więcej!
Dlatego, odkąd w wieku 18 lat wyprowadziłem się z domu, gotowanie było ze mną cały czas i w końcu mogłem robić coś po swojemu.
Ze studiami na warszawskiej politechnice rozstałem się szybko. Już po trzech tygodniach wiedziałem, że nie pasuję do tego miejsca.
Siadłem do nauki, spojrzałem w notatki z matematyki, kompletnie nic nie zrozumiałem i zamknąłem zeszyt.
Otworzyłem Worda, napisałem CV, powysyłałem do kilku firm i tak znalazłem swoją pierwszą pracę w Call Ceneter.
Byłem piekielnie dobrym sprzedawcą. Jakby sam diabeł szeptał mi do ucha rzeczy, które chcą usłyszeć ludzie po drugiej stronie telefonu. Po latach nie jestem z tego dumny, ale wtedy, ze względu na wypłacane prowizje, byłem wniebowzięty.
Kiedy dostałem pierwszą wypłatę nie mogłem uwierzyć jak można w miesiąc zarobić prawie cztery tysiące bez żadnego doświadczenia.
W końcu mogłem eksperymentować, szukać, sprawdzać i poznawać nowe smaki! Stać mnie było na wyjście do knajpy, kupienie sprzętów, przypraw i dodatków, których zawsze brakowało w moim rodzinnym domu. W końcu miałem swój własny, kuchenny poligon.
A manewry odbywały się na nim bardzo regularnie! W końcu zawsze znalazł się jakiś przepis, wpadł do głowy pomysł albo przyszedł jakiś głodny znajomy.
Nie byłem w stanie już tego powstrzymać i kuchnia stała się moją świątynią.
Zanim wyruszyłem w podróż przygotowywałem dla naszej dwójki trzy posiłki dziennie przez niemal 5 lat. Każde danie było inne, świeże i przyrządzone „od serca”.
Gotowanie dla kogoś jest dla mnie okazaniem mu, szacunku, troski i uczucia, więc nie mogło być inaczej.
Gdy widzę uśmiechnięte, zadowolone twarze najedzonych ludzi, czuję się spełniony i jestem pełny radości.
Jak powiedział mi kiedyś na Cyprze właściciel małej knajpki “food is love, my friend”. Prowadzi “Vassano” od ponad czterdziestu lat i wiem, że ma rację.
KNAJPA TO NIE JEST NIEDZIELNY ROSÓŁ!
Wiem o tym dobrze i dlatego od amatorskiego pichcenia w domowym zaciszu, poszedłem o krok dalej.
Kiedy jeszcze pracowałem na etacie w firmie organizującej targi nieruchomości, udało mi się na weekendy dostać pracę w Gringo Bar. To meksykańska knajpa, którą otworzył na warszawskim Mokotowie znany raper Bilon z Hemp Gru.
Byłem z nimi od samego początku i czułem ogromną radość, kiedy widziałem jak to miejsce zaczyna się rozkręcać i tętnić życiem.
Bilon był uczciwym i etycznym właścicielem – dbał o jakość składników, czystość i atmosferę. Z radością obserwowałem, jak jego biznes się rozwija i mocno trzymałem kciuki.
Nie liczyłem tu na żadną wypłatę, bo zarabiałem wówczas naprawdę dobrze. Chciałem tylko sprawdzić się w prawdziwej kuchni, zobaczyć jak wygląda praca kucharza i przekonać się czy dam sobie radę. No i tak wpadłem w gastro po uszy.
Największa była w tym zasługa Sapera, szefa kuchni, który odkrył przede mną jej prawdziwe oblicze. Od razu zauważył moją pasję i nauczył wielu sztuczek oraz odpowiedniej organizacji pracy. Okazało się, że mam do tego dryg i błyskawicznie opanowuję przepisy. Szybko zatem stałem się jego prawą, weekendową ręką. Właśnie w weekendy dzieje się w restauracjach najwięcej, więc rzucono mnie na głęboką wodę, a ja po prostu to uwielbiałem.
W piątek po „normalnej” pracy wracałem do domu i już nie mogłem się doczekać, aż o 6:00 w sobotę zadzwoni budzik i będę mógł ruszyć na ulicę Odolańską, by zacząć kolejny dzień w Gringo. Pracowałem po 12-14 godzin w soboty i niedziele, a w poniedziałek wracałem do pracy na etacie. Trwało to dość długo i choć bardzo pracowity był to dla mnie wspaniały czas.
Do dziś ciepło wspominam całą ekipę. To właśnie oni pchnęli mnie w stronę kuchni, a ta mocno mnie przytuliła i trzyma w ramionach do dziś.
DLACZEGO CZTERY KÓŁKA?
Marzenie o jeżdżącej knajpie narodziło się kilka lat temu. Pojawiło się zupełnie z nikąd, przywitało się grzecznie, rozgościło z tyłu głowy, ale rzadko dawało o sobie znać. W końcu, zapomniane leniwie zasnęło na jakiś czas.
Na nowo rozbudził je dopiero film „Chef” z 2014 roku. Obejrzałem go jakieś 3 lata temu, kiedy żyłem od ASAPu do ASAPu i biegałem za kolejnymi klientami.
Film, pomimo tego że nie jest dziełem sztuki, wyzwolił we mnie olbrzymią chęć zmian i zmotywował do tego, żeby w końcu zrobić coś w kierunku własnego, mobilnego bistro.
Po tym seansie marzenie zrobiło się bardziej śmiałe. Zaczęło na mnie pokrzykiwać, coraz częściej domagało się uwagi, a ja nie protestowałem i pozwalałem mu na takie zachowanie. Podświadomie wiedziałem, że prędzej czy później wybuchnie w mojej głowie i wywróci mi życie do góry nogami.
Dziś, kiedy siedzę w jakiejś norze na końcu świata, piszę dla Was ten tekst i obserwuję bieg wydarzeń stwierdzam, że marzenie spisało się na medal i eksplodowało z mocą tony dynamitu. Teraz ma już moją absolutną uwagę.
Jak zamierzam zdobyć kasę na te cztery kółka?
Tego dowiecie się z trzeciej, ostatniej części tej historii!
Jeżeli nie chcecie jej przegapić zostawcie follow!