Wyjeżdżamy z Puebli. Godzina drogi autobusem miejskim na wylotówkę. Tam 2km spacer do stacji benzynowej przy samej drodze. Szybkie ogarnięcie kartonu i napisanie na nim nazwy miejscowości Tehuacan - miejsce przelotowe do Oaxaca 🙂
Próbujemy łapać uwagę kierowców machając kartonem i rozmawiając z nimi. Po 30 minutach przenosimy się do cienia i przechodząc akurat koło jednego auta kierowca nas zaczepia, że przejeżdża obok. A w zasadzie to jedzie do Oaxaca😁 Ucieszeni mówimy, że my też i pakujemy się na tylne siedzenia picupka a plecaki oczywiście na pakę.
Jedziemy 325km razem z Rigo, jego żoną i super wesołą kilku letnią córką 🙂
Po 3 godzinach jesteśmy na miejscu. Idziemy do centrum miasta przechodząc przez ogromny bazar gdzie można kupić wszystko. Od owoców i warzyw, przez miody, chemię gospodarczą, garnki, gotowane jedzenie, części samochodowe po żywe zwierzęta jak kozy czy świnie 😉
Spacerujemy po mieście i następnie siadamy na ławce w parku czekając na adres od naszej hostki. Ma nam go podać ok 18. Dostajemy go jednak dopiero około godziny 19 i udajemy się we wskazane miejsce.
Komunikacja jest dość problematyczna, ponieważ Corazon używa tłumacza google, a ten płata bardzo duże figle. Docierając na miejsce dowiadujemy się, że jej tam nie ma i nie wiadomo kiedy będzie 😢 Dochodzi już godzina 20, więc jesteśmy w beznadziejnej sytuacji, gdzie nasz host zrobił nas zwyczajnie w balona. Nie odpowiada już na żadne wiadomości 🙁
Udajemy się w takiej sytuacji do hostelu za ponad 7 dolarów na osobę - najtańsze co udało nam się znaleźć. Na szczęście jest śniadanie w cenie🙂 szukanie noclegu na dziko nie wchodziło w grę ze względu na kwestie bezpieczeństwa.
Oaxaca to bardzo turystyczne miasto, więc nie mamy ochoty go zwiedzać. Idziemy tylko na jednego browarka. A jak wiadomo nikt nie pije jednego piwa, więc impreza skończyła się nad ranem. Kolejnego dnia odpoczywamy przed podróżą do Puerto Escondido. A Wojtek udaje zombie.
Mieliśmy wyruszyć o 9 rano, ale rozmowa z nowo poznaną koleżanką z Armenii - Nune opoźnia start do godziny 10 😉
Droga to 250km po ostrych górskich zakrętach. Czas jazdy samochodem to ponad 6h, autobusem blisko 10.
Ostatecznie docieramy do celu o 21.30 jadąc 6 różnymi samochodami z czego 4 to pickupy gdzie jechaliśmy na pace 😉 a pozostałe dwa to taksówki, które zabrały nas bez opłaty.
Po drodze też trochę czytam aby się nie nudzić 😉
Ostatniego stopa zlapalismy już w nocy idąc wzdłuż drogi otoczeni milionami gwiazd na niebie i setkami świetlików w trawie po obu stronach drogi.
Tylko czasami przejeżdżały ciężarówki i taksówki wracające na wybrzeże.
O tej porze cieżko było znaleźć miejsce na namiot, więc zdecydowaliśmy się na tani hostel - 5 dolarów za osobę. Poza jedzeniem w sumie tutaj i tak na nic nie wydajemy. Wiec w sumie czemu nie.
Kolejnego dnia przenosimy się do tańszej kwatery o całe 1,5 dolara mniej. W nocy jednak plecak Wojtka zaatakowały mrówki bo zapomniał wyciągnąć jedzenia 😁 więc miał trochę zabawy z wyciąganiem rzeczy. Bywa.
Tego dnia po raz pierwszy w Meksyku kąpiemy się w oceanie 🙂 Woda jest przyjemnie ciepła a fale dają dużo frajdy 🙂
Na szczęście sezon turystyczny dopiero się zaczyna, więc jest tu bardzo mało ludzi. W końcu palmy, piasek i zimne piwko na plaży przy zachodzie słońca 🙂
Kolejny cel San Cristobal de las Casas. Do pokonania 616km. Z bezpieczeństwa chcemy to podzielić na dwa dni. Ale może uda się w jeden?
Tego dowiecie się już przy okazji kolejnego wpisu 😊
--
Jeżeli podobają ci się moje przygody to zostaw po sobie upvote, komentarz i pamiętaj aby podzielić się wpisem ze znajomymi :)
Dodaje mi to motywacji aby tworzyć dalej :)
Pamiętaj także aby wpaść na moje inne media społecznościowe:
Artur