W piątek 5 stycznia 2018 roku prosto po wyjściu z pracy ruszyliśmy na trzecia wyprawę rowerową zatytułowaną Wielka Pętla Bieszczadzka zimą. Na wyprawę zgłosiło się 5 osób, Olek, Gosia, Krzysiek, Radogost i Tomek. Tym razem nietypowo postanowiliśmy, że aby dostać się na miejsce najłatwiej będzie wynająć samochód dostawczy w tak zwanej wersji brygadówka, czyli paka plus 6 miejsc siedzących. Dojechać mieliśmy do miejscowości Czarna Górna i stamtąd ruszyć na stu kilometrową pętle, co mogłoby się wydawać dość prostym zadaniem, ale trzeba pamiętać, że cała akcja rozgrywać się miała po Bieszczadach i to w zimie.
Z Krakowa po czterech godzinach jazdy dojechaliśmy w Bieszczady gdzie najpierw na krótka chwile zatrzymaliśmy się u moich rodziców, gdzie posilaliśmy się lekko jedząc kiełbaskę usmażoną w kominku. Na nocleg udaliśmy się do miejscowości Równia.
W sobotę nim zaczęliśmy pedałować najpierw odwiedziliśmy drewniany kościół w Równi który w przeszłości pełnić funkcję cerkwi i ogólnie zaprojektowany jest jak typowa trójnawowa Bojkowska cerkiew, ale od przeszło pięćdziesięciu lat pełni funkcję kościoła katolickiego. . Ponieważ a sobotę wypadało święto Trzech Króli w kościele akurat trafiliśmy na nabożeństwo i nie mogliśmy go odwiedzić od środka.
Stamtąd pojechaliśmy do miejscowości Czarna Górna, gdzie zaparkowaliśmy samochód, wypakowaliśmy nasze rowery i wreszcie ruszyliśmy na trasę!
Pierwszy poważniejszy podjazd czekał nas już po kilku kilometrach ale za to w nagrodę mieliśmy piękny widok na położone w dole Lutowiska i połoniny majaczące w oddali.
Przy dalszej drodze nie musieliśmy już narzekać na podjazdy, bo aż do Ustrzyk Górnych było niemal płasko, ale niestety zaczął dokuczać nam deszcz. Trochę zmokliśmy i zmarzliśmy, wiec zaraz po dotarciu do Ustrzyk musieliśmy strzelić sobie po kufelku grzanego miodu pitnego i zjeść kilka pierogów.
Posilenie i ogrzanie było dla nas niezbędne, bo przed nami roztaczały się perspektywy wspinaczki na przełęcze Wyżnią i Wyżniańską. Czas pokazał, że obie przełęcze były mocno pokryte śniegiem, a co gorsza będąc na szczycie tej drugiej (zawsze mam problem z rozróżnieniem ich) znów zaczął padać deszcz, no i pomału zbierała się pora wieczorna. Całe szczęście z przeleczy aż do Wetliny mieliśmy drogę z górki. Nasz kolejny nocleg zaplanowany był u Pani Oli w Kalnicy. Nie raz będąc na pieszych wędrówkach w Bieszczadach. WETLINA I Kalnica wydawały mi się piekielnie odległymi miejscowościami, ale nie tym razem. Tak bardzo rozpędziliśmy się z przełęczy, że cały ten dystans aż do celu pokonaliśmy w iście zawrotnym tempie.
Nocleg zaplanowany u Pani Oli w Bieszczadach jak zawsze nie zawiódł bo klimat tam panujący jest iście bieszczadzki.
Kolejnego dnia skoro świt ruszyliśmy w dalsza drogę. Najpierw odwiedziliśmy rezerwat Sine Wiry na rzece Wetlina. Stamtąd czekał nas stromy pojazd na nieznana górę, z którego później w wyniku szaleńczego zjazdu po błotnistej nawierzchni cali się ubłociliśmy, ale w szybkim tempie dojechaliśmy do miejscowości Rajskie.
Ostatnim etapem naszej wyprawy rowerowej był przejazd fragmentem małej pętli bieszczadzkiej i przez Polane wróciliśmy do naszego samochodu czekającego w Czarnej Górnej. Wspomnieć musze również niezapomniane spotkanie w miejscowości Polana, gdzie ok godziny 13, czyli grubo po południu spotkaliśmy tubylców popijających sobie piwko przy niedzieli. Tubylcy podzielili się z nami niesłychanymi historiami o życiu bieszczadzkich drwali. To był piękny smaczek na koniec naszego wyjazdu.