Dwa lata temu opowiadając o Steemie na URtalking w Rzeszowie porównałem go do systemu, który mógłby zaistnieć w Królestwie Bez Kresu. Otóż mamy mennicę. Każdego dnia wybijane jest 20 monet. Otrzymają je ci, którzy angażują się w projekt - ktoś, kto obsługiwał klientów, kto bił monety, kto sprzątał, kto organizował wydarzenia. Rycary nie są bezwartościowe, bo tylko za nie można kupić herbatę, kawę, wegańskie czipsy bekonowe lub wejść do pokoju zagadek. Ci, którzy je mają (zaangażowani) mogą je sprzedać ludziom z zewnątrz (niezaangażowanym). Im lepszy lokal, tym bardziej ci drudzy będą chcieli je mieć i więcej będą chcieli zapłacić.
Analogię tę stosowałem potem wiele razy zawsze kończąc pytaniem: Czy zatem jeśli ktoś za 8 godzin dyżuru otrzymał 8 rycarów, to czy sprzeda je za złotówkę od sztuki? Odpowiedź zazwyczaj brzmiała: Nie. Problem z tym przykładem pojawiał się, w przypadku bardziej dociekliwych, którzy dopytywali: Ok. A co za te STEEMy można kupić?
Cóż, Steem Powerem trudno było kogoś przekonać. Mało kto widział w tym wartość. Justin Sun ułatwił jednak ostatnio to zadanie. Cały ten kazus z witnessami pokazuje, że SP ma wartość. I to nie małą. Oto STEEM, pomimo sporych spadków na rynku, na przekór trendowi i spekulacjom, trzyma wartość. Zaprawdę, popyt nakręcony przez dramę może zdziałać cuda...