"Czasem to lepsza ulewa żelaza lecąca na głowy, niż ten deprymujący bez końca deszcz" - stwierdził kiedyś generał (nomen omen) Maczek. Jego słowa towarzyszą mi od wczoraj. Zresztą wykorzystałem je swego czasu w jednym z utworów, który wraca do mnie każdej jesieni.
Przed "Deprymującym deszczem" natomiast zwykle podąża "Кончится лето" (Kończy się lato) Wiktora Coja. A wszystko przez moją nieznajomość rosyjskiego i fakt, że wyłapuję tylko fragment refrenu: "Lato już się kończy..." Łączę go więc z latem...
W istocie jednak jest to piosenka nie o końcu lata, ale o życiu. W dodatku bardziej deprymująca niż deszcz.
Wyłączam telewizor, piszę do Ciebie list
O tym, że nie mogę już oglądać tego gówna,
O tym, że nie mam już siły,
O tym, że niemal się zapiłem, ale to nie pomogło zapomnieć o Tobie. (...)
Idzie dzień za dniem - dzień jemy, trzy pijemy,
W ogóle wesoło żyjemy, mimo deszczu za oknem,
Magnetofon zepsuł się,
Siedzę w ciszy, co mi zupełnie pasuje. (...)
Tak minie rok za rokiem, tak minie życie,
I po raz setny kromka spadnie masłem w dół,
Ale może będzie choć dzień,
Może choć godzina, kiedy nam się uda.
Kawałek ten zaczynam sobie nucić zwykle już końcem sierpnia i potem trwa to przez cały wrzesień. No chyba, że sierpień i wrzesień są skąpane w deprymującym deszczu. Wtedy wraca do mnie gen. Maczek ze swoim deprymującym przesłaniem.