"Jeśli jutro wojna" - to tytuł radzieckiej piosenki i filmu z 1938 roku. Przypomniałem sobie o tym ostatnio. Piosenkę znam dobrze. To jej melodię wykorzystano w "Parasola piosence szturmowej" (Chłopcy silni jak stal oczy patrzą się w dal...). Filmu jednak nigdy nie widziałem. Zaciekawiło mnie więc kogo w 1938 roku, rok przed wybuchem wojny światowej, radziecka propaganda mogła przedstawiać jako wroga. Odpaliłem więc Если завтра война na YouTube i okazało się, że wrogiem, który atakuje Związek Sowiecki (a jak! Sowieci nigdy nikogo sami nie atakowali!) jest jakaś dziwna hybryda. Żołnierze wroga mówią bowiem po niemiecku a na mundurach przypominających brytyjskie i francuskie noszą triskeliony. W sumie nic w tym dziwnego, bo Armia Czerwona była gotowa bronić Związku Sowieckiego nawet we Francji. Najlepszą obroną przecież jest atak. Zresztą to podejście niewiele zmieniło się po rozpadzie Związku Radzieckiego.
Moje dorastanie (w wieku nastu lat) minęło w cieniu wojny w Czeczeni. Pamiętam jak w liceum drukowałem i rozwieszałem plakaty przeciwko rosyjskim zbrodniom popełnianym w Republice Iczkerii. Gdy więc widzę zamordowanych cywili w Buczy, to myślę, że historia lubi się powtarzać. Zwłaszcza w przypadku Rosji. To z kolei nie nastraja optymistycznie. Bo nawet jeśli jakimś nadzwyczajnym wysiłkiem Ukraińcy wyprą wszystkich rosyjskich żołnierzy poza granice swojego państwa, to wciąż nie rozwiąże to głównego problemu jakim jest istnienie spasłego sąsiada, któremu zawsze mało.
Oczywiście historia za każdym razem powtarza się trochę inaczej. Wszystko wskazuje na to, że Rosjanie w ciągu 5 tygodni stracili o wiele więcej sprzętu niż w ciągu 10 lat wojny w Czeczeni. Inne są też metody walki (polecam bardzo stary czeczeński klip rapowy, który sklejono z nagrań z ataków). Nie zmienia to jednak faktu, że podczas pierwszej wojny czeczeńskiej Rosjanie dostali niezłe lanie a i tak wrócili trzy lata później.