Jutro rozpoczynam maraton egzaminacyjny. Większość przedmiotów zaliczałem prezentacjami. Niestety trzy (nie wliczam lektoratu) kończą się egzaminem. Jutro więc mam Metody badań kulturoznawczych, pojutrze - Antropologię i socjologię kultury, w piątek - Wprowadzenie do studiów nad kulturą wizualną. Obawiam się, że rezultat może być kiepski, bo niemal wszystkie lektury są napisane kompletnie niezrozumiałym językiem lub/i głupie. Od kilku dni na przykład męczę "Płynną nowoczesność" Baumana. I szczerze mówiąc nie da się tego czytać. Po przejściu 1/3 książki nie jestem w stanie podać żadnej przydatnej myśli, którą mógłbym wyciągnąć z tego tekstu.
Dziś z kolei przypomniał mi się tekst innych mędrków - Naomi Oreskes i Erika M. Conway'a, w którym opisywali alternatywną wersję dziejów z perspektywy 2093 roku, w której Zachód upadł przez swoją bierność wobec zmian klimatycznych, a Chiny dzielnie stanęły na wysokości zadania...
A dlaczego sobie o tym przypomniałem? Bo wszedłem na Facebooka i jednym z pierwszych obrazków, który zobaczyłem (i to kilka razy) było zdjęcie skoczni narciarskiej w Shougang.
I w sumie mam mieszane uczucia. Z jednej strony - pocieszający jest fakt, że Chińczycy coś robią z postindustrialną przestrzenią. Z drugiej jednak ktoś kiedyś stworzył ten Mordor. Myślę więc, że stawianie Chińczyków za wzór jest małą przesadą...