Swój pierwszy projekt wspominam bardzo dobrze. Był rok 2003. Zdałem maturę. Nie dostałem się na studia do Krakowa, więc musiałem zostać na Śląsku. Coś trzeba było robić. Postanowiłem napisać wniosek na dofinansowanie larpów (gier fabularnych), konwentu fantastyki i koncertów muzyki celtyckiej. Pamiętam jak siedziałem nad nim w namiocie na polach Grunwaldu. Po bitwie wróciłem do domu i wysłałem go do programu Make a Connection prowadzonego przez Nokię. Kilka tygodni później przyszła odpowiedź. Wniosek przeszedł. Można było działać.
To był początek wielkiej przygody. Przez kolejne lata cały czas miałem do czynienia z różnymi projektami. Brakło by palców by je policzyć. Jednak to ten pierwszy pisało mi się najlepiej. Być może dlatego, że miałem zerowe pojęcie o pisaniu wniosków. Dopiero później zrozumiałem, że w wypełnianiu formularzy nie chodzi o to, by zawrzeć w nich to, co się chce zrobić, lecz by trafić w gusta czytającego. By wypełnić priorytety programu. To trochę jak z obecną maturą. Klucz jest ważniejszy niż pomysł. Do tego często dochodzi szereg wykluczeń (czynszu nie zapłacę, środków trwałych nie kupię). Pomijam już kwestię, że swoi zawsze mają największe szanse.
Skutkiem tego wszystkiego jest moja nieskrywana niechęć do pisania wniosków i startowania w konkursach grantowych. Czasem tylko daję się przekonać i zawsze utwierdza mnie to tylko w przekonaniu, że nie warto było, nie warto było robić nic.
Jutro (najpóźniej pojutrze) złożę wniosek o stworzenie apki promującej czytelnictwo. Oczywiście wszystko musiałem dostosować do programu. Gdyby nie ograniczenia mogłoby powstać coś znacznie lepszego. Ale tak działają rządowe programy grantowe i nic się z tym nie zrobi. Cóż, z drugiej strony, dzięki temu wniosek jest okrojony i skończyłem go wcześniej...
Mając kilka dni w zapasie pomyślałem o jakimś wniosku na Królestwo Bez Kresu. Szukałem, szukałem i znalazłem tylko jeden program. "Edukacja Kulturalna". Przeczytałem jednak wytyczne i odechciało mi się. Odnoszę wrażenie, że te wszystkie programy są tylko po to, by ktoś na nich zarabiał. Realne problemy, takie jak zapłacenie czynszu, są w nich pomijane. Co z tego, że rozpiszę wniosek na 100 tysięcy, włożę w niego 20K (bo muszę mieć 20% wkładu własnego) a cała kasa pójdzie na wynagrodzenia, skoro Królestwo Bez Kresu padnie, bo nie będzie za co zapłacić czynszu i innych opłat? Oczywiście, można tworzyć fikcję, zawierać lewe umowy, wystawiać lewe faktury etc. Tylko potem nie dziwmy się, że jest patologia i sasinowe podejście do pieniędzy publicznych.
Na ten moment mam dość ministerialnym programów grantowych. Wniosek na apkę złożyłem tylko dlatego, że właśnie w blockchainowych projektach widzę szansę na finansowanie działań. Zresztą wspominałem o już o tym nie raz, że więcej otrzymała od Hive'a (a wcześniej Steema) niż od Państwa Polskiego. Smutne, ale prawdziwe.