Najdziwniejszy HiveFest w dziejach za nami. Teoretycznie był on również najbardziej egalitarny. Do tej pory największą barierą (przynajmniej dla mnie) była cena biletu. Przypomnę, że rok temu w Bangkoku najtańszy (czyli kupiony odpowiednio wcześniej) kosztował 222.22 euro a dwa lata temu w Krakowie - 277.77 euro. Z tego też powodu, mimo niewielkiej odległości od Rzeszowa, na HiveFest3 (a w zasadzie S****Fest) się nie wybrałem.
Pierwszy HiveFest po hardforku okazał się być jednak zupełnie inny niż wszystkie. BTW, obecny rok jest tak surrealistyczny, że przez chwilę zastanawiałem się, czy hardfork na pewno odbył się w tym roku, czy może w poprzednim. Pandemia zmieniła wiele. Nie ukrywam jednak, że ta nowa formuła hivowego spotkania z początku bardzo mi się spodobała. Głównie dlatego, że VR pozwala przekraczać wiele barier - m.in. geograficzne i ekonomiczne. Teoretycznie w wirtualnym HiveFeście powinno uczestniczyć o wiele więcej osób niż we wszystkich organizowanych w realu. Zwłaszcza, że koszt gogli Oculusa jest niewiele wyższy niż cena biletu w poprzednich latach. No a do tego nie trzeba płacić za przejazd i nocleg.
Nie wziąłem jednak pod uwagę jednej rzeczy - tego, że AltspaceVR ma również aplikację 2D, z której można korzystać na komputerze. A to niestety nie to samo. Pomijając zupełnie kwestię bugów wersji 2D, to jednak jest to zupełnie inny poziom odbioru rzeczywistości, nieporównywalny z ekranem komputera. Ale o goglach VR pisałem już wiele razy, więc nie będę się powtarzał (zwłaszcza, że nikt mi nie płaci za reklamę).
Mam wrażenie, że większość osób korzystało z wersji 2D. Widać to wyraźnie po awatarach. Te stojące na baczność to zwykle osoby korzystające z komputerów. Ręce osób w goglach zwykle miały inne ułożenie. Przykład: ręce na poniższym zdjęciu.
Nie ma zresztą co ukrywać - google VR bardziej wciągają w świat. Pozwalają się w nim zanurzyć. W goglach trudno być równocześnie w "realu" i "wirtualu". Tymczasem wersja 2D AltspaceVR pozwalała na odpalenie aplikacji, gotowanie obiadu i całkowicie bierne uczestnictwo.
Oczywiście przyjęta formuła wciąż była lepsza niż zwykła konferencja na Zoomie. Bo o ile samych wystąpień na scenie wolałem słuchać na YouTube to spontaniczne spotkanie małej reprezentacji #polish w górskim apartamencie było bardzo sympatyczne i wyglądało o wiele lepiej niż rozmowa zna Discordzie. Szkoda, że nie było nas więcej...
Wciąż mam nadzieję, że najlepszy czas polskiej społeczności Hive dopiero przed nami. HiveFest co prawda nie zapowiedział żadnych przełomów. Przynajmniej ja ich nie wyłapałem. Wierzę jednak, że wytrwałość w końcu popłaci i uda się przyciągnąć wielu wartościowych ludzi, tworząc tym samym nową jakość.
Pod jednym z moich ostatnich postów ze zdjęciami wrzucił komentarz:
Zróbcie jakąś dramę, proszę
I choć odbieram go jako żart, to jednak mówi wiele o zmianach jakie zaszły na #polish przez ostatnie 2 lata. Aktywność spadła - nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Równocześnie jednak całkowicie zniknęły dramy. Nawet nie pamiętam kiedy była ostatnia. Stąd też nasuwa się pytanie, czy da się w ogóle stworzyć aktywną społeczność bez wojen. Bo dramy to nic innego jak emocje (często wynikające z dobrych pobudek) i zaangażowanie na najwyższym poziomie (choć niekoniecznie konstruktywne).
Pisząc ten wpis przejrzałem sobie 'owe zdjęcia z krakowskiego S****Festu. Mimo iż nie było mnie na tej imprezie, to jednak czuję pewną nostalgię. Widzę bowiem dawne #polish, sporo dobrej energii, która jakoś uleciała w nieznanym kierunku i wiem, że w takim składzie już nie wróci. Mimo to... wciąż mam nadzieję, że najlepszy czas polskiej społeczności Hive dopiero przed nami...