"Nie palcie komitetów, zakładajcie własne" - mawiał swego czasu Jacek Kuroń. I w tym akurat miał sporo racji. Polskiej prawicy (bardzo szeroko pojętej) dość długo zajęło zrozumienie, że zamiast psioczyć na koncerny medialne, lepiej zacząć dbać o własne środki przekazu. Kluczowy okazał się tu rozwój Internetu i nowe możliwości, które wraz z nim się pojawiły. Relacje na żywo stały się czymś, co jest w stanie ogarnąć nawet idiota (wielu z nich zresztą z tego skorzystało). I tak oto, jak grzyby po deszczu, zaczęły powstawać różne telewizje internetowe. Między innymi wRealu24, która wczoraj została... zbanowana przez YouTube.
Znamienne w tej sytuacji jest to, że zamiast wyciągnąć wnioski, Marcin Rola prosi o pomoc "polityków, dziennikarzy, media i ludzi dobrej woli", niejako licząc na możliwość zreformowania YouTube'a. Moim zdaniem to marzenie ściętej głowy. I mam wrażenie, że wiele osób tkwi w podobnym błędnym przekonaniu - a mianowicie, że budując wielkozasięgowe konta na globalnych platformach zakładają własne komitety. Tak naprawdę jednak pracują dla obcych koncernów umacniając ich pozycję na rynku.
Jeśli ktoś chce uniknąć cenzury na YT, to jest na to tylko jeden sposób... Jeden prosty sposób. Wystarczy nie publikować tam filmów. Ci, którzy tworzą prawoskrętne treści polityczne, z którymi YT programowo walczy, już dawno powinni ogarnąć sobie własną zdecentralizowaną platformę opartą o blockchain, co równocześnie pozwoliłoby utrzymać cały interes. Podejrzewam, że samo wRealu24 ma większy ruch niż wszystkie konta na Bittubers. Zrobienie takiego kroku wymagałoby jednak spojrzenia w przyszłość i podjęcia pewnego trudu. A jak wiadomo większość zawsze wybiera najprostsze rozwiązania, nawet jeśli obarczone sporymi ograniczeniami. Ludzie od lat narzekają na cenzurę na FB czy YT, a dalej tam siedzą. Sporo namieszać mogłyby zdecentralizowane platformy takie jak Steemit. Problem w tym, że bez popularnych twórców trudno jest przyciągnąć publiczność. A bez publiczności trudno przyciągnąć popularnych twórców. I błędne koło się zamyka.
Paradoksalnie, grupą, która najbardziej mogłaby być zainteresowana zdecentralizowaną platformą jest antysystemowa prawica. To ona przecież najbardziej odczuwa cenzurę wielkich graczy. A zatem nawet bez argumentu finansowego nie powinno być problemu, aby zainteresować blockchainem prawicowych twórców. Niestety mało jest otwartych umysłów, które gotowe są zmierzyć się z tym tematem. W praktyce więc mamy do czynienia ze skrzywionym syndromem sztokholmskim. Zamiast wybrać wolność, ofiara czeka na zakończenie bana i wraca do swojego oprawcy nabijając mu kasę.