Dziś mijają trzy tygodnie od inwazji Rosji na Ukrainę. Ja natomiast czytam komentarze na Facebooku (krytyka wizyty Kaczyńskiego w Kijowie wymieszana z krytyką pomocy Ukraińcom) i chyba w końcu zrozumiałem na co liczył Putin atakując Ukrainę 24 lutego AD 2022.
Otóż nazbyt zaufał podsycanej przez rosyjskie służby polaryzacji i atomizacji społeczeństwa. Tej samej, którą można zaobserwować w naszym kraju od kilkunastu lat. Liczył, że polityczne plemiona same się wykończą, że przeciwnicy Zełenskiego, których ten miał przecież wielu, rzucą się na niego i "denazyfikacja" będzie tylko formalnością. Myślę, że taka prognoza miała nawet swoje racjonalne podstawy. W ukraińskim rankingu BRAKU zaufania Zełenski osiągał gorsze wyniki niż Kaczyński w Polsce. Przed wojną Zełenskiemu nie ufało 61%, Kaczyńskiemu 57%.
Tymczasem stało się inaczej. Przeciwnicy polityczni prezydenta Ukrainy zrobili coś zupełnie przeciwnego - chwycili za broń i wywołali powstanie. Tak się składa, że mam w znajomych na FB jednego z deputatów Ukrainy i politycznego przeciwnika "Sługi Narodu". Jeszcze we wrześniu określał on rządy Zełenskiego mianem "dyktatury". W jego obecnych wpisach nie ma ani słowa krytyki prezydenta. Jest za to demonstracja mobilizacji i jedności. Samych postów nie ma też zbyt wiele, bo deputat zaczął organizować lokalne oddziały zapewniając im szkolenie i uzbrojenie.
Czy Putin stał się zatem ofiarą bańki informacyjnej? Niewykluczone. Jedno jest jednak pewne. W momencie wybuchu wojny wielu Ukraińców odsunęło na bok swoje uprzedzenia i stanęło do walki. Pozostaje mi mieć nadzieję, że w Polsce byłoby podobnie.