Naszły mnie ostatnio trzy refleksje, które wpisują się w dzisiejsze święto. Pierwsza jest związana z konfliktem o Arcach, czyli Górski Karabach. Działania wojenne prowadzone od końca września pokazały kierunek, w którym ewoluuje współczesna wojna. Wiele wskazuje, że w niedalekiej przyszłości żołnierze będą rekrutowani spośród gejmerów. "Wojenko wojenko cóżeś ty za pani, że za tobą idą, że za tobą idą gracze malowani..." Wojna stanie się grą. Miejsce zimnego okopu lub bunkra zajmie wygodny fotel. Siądzie w nim operator drona, który pokieruje maszyną tak, by wszystkie jasne punkciki na planszy zgasły. Rachu ciachu i do piachu. Gra skończona. Log out. Można iść do domu.
Inna refleksja związana z Arcachem to, że niepodległości nikt nam nie zagwarantuje. Choć to oczywiście nihil novi. Prawda stara jak świat. Niemniej można odnieść wrażenie, że Ormianie trochę przespali ostatnie lata. Uznali, że Górski Karabach jako "górski" jest nie do zdobycia. Tymczasem technologia nie stała w miejscu. Rosjanie natomiast nie byli w stanie nic zagwarantować. W tej wojnie zachowywali się wyjątkowo biernie i obecnie spijają śmietankę. Ot, dwóch sojuszników Armenia i Rosja - pierwszy jest największym przegranym, drugi największym wygranym. Płynie z tego prosta nauka: umiesz liczyć, licz na siebie.
Na koniec wrócę jeszcze do gier. Dość często gram w mobilną wersję planszówki pt. "Ryzyko". Gra jest prosta i szybka. Bywa pouczająca. Wiele razy bowiem byłem w sytuacji zdawałoby się beznadziejnej, w której przeciwnicy zajęli większość pól. Zwykle miałem ochotę pasować, ale coś mnie powstrzymywało. I za każdym razem w ostatecznym rachunku wygrywałem. Usuwałem się na chwilę w cień, zbierałem siły, podczas gdy reszta ze sobą walczyła. Tak bywa też w życiu. Grunt to rozgrywać innych, trzymać się z boku i nigdy nie dawać za wygraną. W 1918 roku, u progu niepodległości, sytuacja też nie była najlepsza, a jednak się udało. Szkoda tylko, że kolejna 20 lat przespano polegając na papierowych sojuszach...