Ostatni przyjazny dom. Nawet nie pamiętam kiedy dokładnie zacząłem używać tego określenia w odniesieniu do Królestwa Bez Kresu. Zapewne już po remoncie, bo jeszcze rok temu wcale przyjazne nie było. Przynajmniej dla mnie, który musiałem całe dnie walczyć z ostrym cieniem nierównych ścian.
W czerwcu zaczęło być nawet przytulnie. A potem z każdym tygodniem wrażenie to potęgowało się. Pojawił się kolor na ścianach, obrazki, wnętrze wypełniło się meblami i artefaktami. Jesienią było już optymalnie. A potem przykręcono covidową śrubę. Pierwszą. Drugą. Trzecią.
Królestwo stało się niczym Rivendell - jedynym bezpiecznym miejscem w centrum Krakowa, do którego można zajrzeć. Ostatnim przyjaznym domem. Jeśli więc coś miałoby mnie napawać optymizmem w tych dziwnych czasach, to właśnie to, że wciąż jeszcze jest miejsce, gdzie przy herbacie można porozmawiać o własnych marzeniach i ich spełnianiu. Albo o czymkolwiek innym.
Ostatni przyjazny dom to wdzięczna funkcja. Wierzę jednak, że KBK nie poprzestanie na odgrywaniu roli Rivendell, leżącego gdzieś na uboczu i chroniącego się wśród drzew. Chciałbym by było ono prężnym ośrodkiem łączącym ludzi, inicjującym działania, dającym narzędzia do realizowania swoich marzeń (również te blockchainowe). I być może marzenie to jest przejawem skrajnego optymizmu, niemniej ostatnie trzy lata najpierw na Steemie a potem na Hive utwierdziły mnie w przekonaniu, że konsekwencja popłaca. Cóż, na owoce zawsze trzeba poczekać i zwykle samo się nie posieje...