Pisałem końcem lutego, że boli mnie pięta. Nie jakoś nazbyt dokuczliwie, ale w sposób uniemożliwiający szybkie chodzenie. Upierdliwa sprawa. Postanowiłem więc pójść do lekarza, żeby mi ją sprawdził. Jako, że zmieniałem miejsce zamieszkania, zmieniłem również przychodnię. A przynajmniej myślałem, że zmieniłem. Deklarację wypełniłem 5 stycznia przez Internetowe Konto Pacjenta. Do dziś nie została zaakceptowana. 3 miesiące (nomen omen) zwłoki. Gdy to zauważyłem, chwyciłem za telefon i zadzwoniłem do przychodni. Muzyczka w tle leciała przez kilka minut i rozłączyło mnie. Ponowiłem próbę. Znów to samo.
Po godzinie dzwoni telefon. Przedstawiłem sprawę. Pani powiedziała, że sprawdzi i oddzwoni. A był to poniedziałek. Dzień pierwszy.
Nie oddzwoniła. A zatem we wtorek znów chwyciłem telefon i zadzwoniłem do przychodni. Raz, drugi, trzeci. Tym razem jednak nikt nie oddzwonił. Wieczorem napisałem maila.
Żadna odpowiedź nie przyszła. Dzwonienie nie daje rezultatu. Do przychodni nie mogę wejść, bo co dwa metry ktoś powiesił kartkę, że w budynku mogą przebywać tylko osoby zarejestrowane. No i pat. A w zasadzie Pat i Mat.
Z całego tego ambarasu pięta w prawej nodze przestała mnie boleć. I uznałbym to olewanie pacjenta za całkiem dobrą metodę leczenia, gdyby nie fakt, że dziś w drodze do KBK, równie niespodziewanie (i bez racjonalnych przyczyn) zaczęła mnie boleć lewa noga, gdzieś w okolicy dolnej części piszczeli. A telefon do przychodni wciąż pozostaje głuchy...