Wielka piłka przestała mnie interesować. Pisałem o tym zresztą przed rozpoczęciem przeterminowanego EURO 2020. Mecz finałowy ME obejrzałem tylko z powodu naszego dyżurnego Włocha w KBK. Jego radość po zwycięstwie była tak wielka, że o mały włos zakończyłaby się pierwszą w dziejach interwencją policji w Królestwie. Cóż, staram się być wyrozumiały. Taki intercultural learning w praktyce.
Mnie jednak, jeśli mam być szczery, o wiele bardziej rusza powrót Łukasza Piszczka do LKS-u Goczałkowice Zdrój, czy choćby Łukasza Podolskiego do Górnika Zabrze. Są to bowiem przykłady tego, że nie pieniądze są najważniejsze. Że ważniejsza jest rodzina, mała ojczyzna. Odbieram to jako Odyseję XXI wieku. Dwie legendy wracają do domów.
Rzecz jasna największy ładunek emocjonalny ma dla mnie powrót Piszczka. Nie tylko dlatego, że to mój ziomek ze wsi. W dodatku rówieśnik. Ale przede wszystkim ze względu na to, co już do tej pory zrobił dla LKS-u. Nowy stadion, akademia piłkarska, ściągnięcie do klubu dobrych zawodników i awans z A-klasy do III ligi - to wszystko dzięki niemu. Teraz wrócił, by grać w klubie, z którego wyszedł. Mnie to wzrusza...