Na ostatnie zajęcia z Antropologii i socjologi kultury miałem przeczytać "Nadejście Wieku Półcienia", czyli wstęp oraz pierwszy rozdział książki Naomi Oreskes i Erika M. Conwaya pt. "The Collapse of Western Civilization. A View from the Future". Ogólnie jest to jedna wielka katastroficzna wizja przyszłości, w której w dodatku Chiny są "tym dobrym". W książce sporo jest różnego rodzaju bajdurzenia, ale moją uwagę zwrócił szczególnie jeden fragment.
W Europie, Australii i Kanadzie przemysłowcy, bankierzy i niektórzy przywódcy polityczni upowszechniali przekaz podkreślający "niepewność" danych dotyczących zmiany klimatycznej. W międzyczasie w krajach nisko uprzemysłowionych wyłoniła się inna wersja sceptycyzmu, głosząca, że zagrożenie zmiany klimatu jest wykorzystywane do tego, by zapobiec ich rozwojowi. (...) Istniały jednak godne uwagi wyjątki. Na przykład Chiny podjęły kroki mające na celu kontrolę własnej populacji oraz przekształcenie gospodarki w taki sposób, by opierała się na alternatywnych źródłach pozyskiwania energii. Wysiłków tych nie dostrzeżono i nie naśladowano na Zachodzie, częściowo dlatego, że mieszkańcy Zachodu uznawali chińskie próby kontroli populacji za niemoralne, zaś częściowo dlatego, że wyjątkowo szybka ekspansja gospodarcza Chin przyczyniła się do dramatycznego wzrostu poziomu emisji gazów cieplarnianych, neutralizując skutki uruchomienia odnawialnych źródeł energii. Do roku 2050 efekty uruchomienia odnawialnych źródeł energii w Chinach stały się widoczne, bowiem emisje w tym kraju zaczęły gwałtownie spadać. Gdyby inne narody podążyły za przykładem Chin, historia, którą tu opisujemy, potoczyłaby się zupełnie inaczej.
Najbardziej intryguje mnie postulat kontroli populacji (czytaj: jej ograniczenie) i całkowicie abstrakcyjny argument o "niemoralności" (tak jakby współczesne państwa Zachodu przejmowały się moralnością), przy równoczesnym przemilczeniu aspektu ekonomicznego/społecznego takiego działania. Nie trzeba być bowiem prorokiem, by przewidzieć do czego prowadzi ujemny przyrost naturalny.
Największy paradoks tkwi w tym, że dążenia takie postulują zwykle ci, którzy są głębokimi orędownikami państwa socjalnego. Sęk w tym, że cały system emerytalny opiera się na założeniu, że istnieje przyrost naturalny. Gdy rodzi się więcej dzieci niż umiera ludzi, to jest szansa, że ciężar utrzymania emerytów rozłoży się między wielu pracujących. Gorzej gdy proporcje są odwrotne. Wtedy mniejszość będzie musiała utrzymywać większość, co może doprowadzić do upadku systemu i powszechnej nędzy. I wtedy znów wrócimy do punktu wyjścia, czyli przedemerytalnej rzeczywistości, w której rodziny były wielodzietne, bo posiadanie licznego potomstwa było najlepszym zabezpieczeniem przyszłości. Oczywiście alternatywnym zabezpieczeniem mogłaby być odwrócona hipoteka. Problem tylko w tym, że w momencie gdy system padnie obciążenia będą tak duże, że niewiele osób będzie stać na oszczędzanie. Cóż, tak to widzę, choć rzecz jasna mogę się mylić. Wolę jednak zakładać, że emerytury nigdy nie zobaczę, niż liczyć na to, że ZUS-owi uda się nalać z pustego.