Dwa lata temu w artykule pt. Czy grozi nam wojna? Kilka słów o geopolityce pisałem:
Wojna handlowa staje się faktem. Jeszcze jej nie odczuwamy i rodzime media wciąż bardziej interesują polityczne rozgrywki między partią rządzącą a opozycją. To jednak kwestia czasu, gdy Polacy zrozumieją, że rywalizacja amerykańsko-chińska naruszy obowiązujący ład i możliwe, że mocno przemebluje świat, w którym żyjemy. Choć niekoniecznie przy użyciu czołgów i bomb.
Nie było w tym nic odkrywczego. Jeśli ktoś obserwuje, choćby pobieżnie, to co dzieje się na świecie od upadku Związku Radzieckiego, to nie powinien być zaskoczony ostatnimi wydarzeniami. Amerykanie zainwestowali ogromne środki w stworzenie obecnego ładu. Opiera się on na swobodzie handlu, dzięki której możemy kupić dziś towary niemal z całego świata. Również z Chin. I tu jest pies pogrzebany. Bo na sytuacji korzystają nie tylko Stany Zjednoczone, ale również ich konkurenci. Przede wszystkim Państwo Środka. To tak jakby Pan Janek zrobił za swoje pieniądze publiczny bazar, opłacał ochronę i dbał o porządek, a jego największy wróg - Pan Janusz sprzedawał na nim swoje podróbki "Adidosa" i bogacił korzystając z pracy Pana Janka.
W ostatnich dniach sporo było straszenia wojną. Sęk w tym, że wojna trwa od kilku lat. Amerykanie już jakiś czas temu doszli do wniosku, że stworzony przez nich ład przynosi korzyści nie tylko im, ale również Chinom. Istnieje pogląd, że sytuacja zmierza do otwartego konfliktu zbrojnego, że gospodarczo USA nie są w stanie wygrać z Państwem Środka i dlatego muszą wykorzystać swój największy atut - przewagę militarną. Problem w tym, że świat nie dzieli się na dwie części. W układance jest jeszcze Rosja i kraje UE, które nie mówią jednym głosem. W tej sytuacji należy więc spodziewać się bardziej czegoś na wzór "zimnej wojny", aniżeli bezpośredniego konfliktu na terytorium mocarstw. Zresztą rywalizacja USA i ZSRR pokazała, że wojny zastępcze są mniej ryzykowne.
Sytuacja wokół Iranu jest napięta. Media jednak oraz niektórzy politycy przedstawiają ją w o wiele gorszym świetle niż jest w rzeczywistości. W istocie wielu wielu tzw. "ekspertów" nie wie o czym mówi. Wczoraj rano słuchałem w Internecie dwóch z nich. Jednego po drugim. Obaj mówili, że Amerykanie zabili... Sulejmana.
Niestety w Internecie klikalność jest ważniejsza niż rzetelna analiza. Klasycznym przykładem nakręcania wojennej atmosfery są wiadomości na temat relacji turecko-rosyjskich. W ciągu ostatnich czterech lat jest to istny przeplataniec alarmów wojenno-sojuszniczych. Raz media donoszą, że Turcja i Rosja są na krawędzi wojny, innym razem, że współpraca Turcji i Rosji zagraża NATO. W rzeczywistości oba państwa próbują ukroić dla siebie kawałek tortu, którym jest zdestabilizowany Bliski Wschód. Zresztą nie tylko one...