Jedną z lepszych powieści, jakie przyszło mi przeczytać, był "Zły". Pewnie jeszcze kiedyś do niego wrócę i napiszę małe co nie co. Czytałem to już dość dawno. W międzyczasie kilka interesujących spraw usłyszałem i przeczytałem o autorze "Złego". Od dawna Leopold Tyrmand uchodził w mojej głowie za postać dość tajemniczą. Sięgnąłem więc po jego biografię, raz by rozwiać tę aurę tajemniczości, a dwa, by dowiedzieć się czegoś więcej na jego temat. Już kiedyś pisałem, że lubię czytać dzienniki, lubię też biografie.
Dodatkowym aspektem, obok którego nie mogłem przejść obojętnie, były wypowiedzi Matthew Tyrmanda, syna pisarza, dla niektórych polskich mediów. Zetknąłem się z nimi głównie w tygodniku "Do Rzeczy". Podobały mi się jego analityczne wypowiedzi dotyczące polityki i spraw międzynarodowych, było to coś świeżego.
Leopold Tyrmand był człowiekiem pełnym sprzeczności. Z pochodzenia Żyd, który jednak nigdy nie wyrzekł się polskości, ani tego swojego pochodzenia. Choć czasy były ku temu po wielokroś sprzyjające. Człowiek, który nie chciał się sprzeniewierzyć swoim literackim ideałom, w końcu uciekł do Stanów Zjednoczonych. I nigdy więcej do ojczyzny nie wrócił. Ale czy ojczyzna była dla niego jakąś wartością, dla której warto byłoby zmieniać życie? Nie wiem, ale zdaje się, że Tyrmand wyznawał wartości znacznie przewyższające patriotyzm. A wyznawać patriotyzm do PRL-u, było doprawdy trudno.
Tyrmand pasjonował się i znał się na jazzie. To on wymyślił nazwę festiwalu Jazz Jamboree, to on go wykreował i to on był jego organizatorem. A pamiętać trzeba, że jazz we wczesnym PRL-u był produktem zakazanym, bo amerykańskim. Ten rodzaj muzyki to nie jest moja bajka, ale rozumiem czym mógł być w latach 50-tych w Polsce. Wiem też z innych źródeł, że tam gdzie grano jazz, wiało wolnością, że muzykę murzynów z Nowego Orleanu kojarzono właśnie ze stanem oswobodzenia z komunistycznego baraku.
Inna pasja to zapewne kobiety. Dwa nieudane małżeństwa, sporo przelotnych znajomości i dopiero szczęśliwy związek w USA z kobietą o połowę (w momencie wzięcia ślubu) młodszą. To ten związek dał Tyrmandowi bliźnięta - Rebeccę i wspomnianego już Matthew. I to on, zdaje się, uczynił go człowiekiem szczęśliwym. Choć jak wynika z książki Marcela Woźniaka coś musiało go uwierać w tej Ameryce. Samotność, mimo wszystko?
Pisarz znany był z ekscentryczego sposobu ubierania się, często wcale nie przystającego do smutnej rzeczywistości Polski komunistycznej. Dzisiaj widząć w sklepie barwne, pstrokate skarpetki uśmiecham się na myśl, że w takich mniej więcej chodził kiedyś Tyrmand właśnie. Uchodził za arbitrum elegantiarum, ale to raczej było określenie prześmiewcze.
W najważniejszej dziedzinie jego życia, w literaturze nie powodziło mu się nazbyt dobrze. Wyobrazić sobie można, że napisanie takiej powieści w czasach dzisiejszych, wyniosłoby jej autora na szczyty sławy. Tyrmandowi to się nie przydarzyło. Chcąc pozostać w zgodzie z własnym sumieniem pisarskim, tworzył rzeczy trudne do przełknięcia dla ówczesnych władz zarządzających światem literackim. Ponoć świadczy o tym "Dziennik 1954", którego lektura jeszcze przede mną. To te problemy, brak druku jego twórczości, wypchnęły go z Polski. Wyjechał w 1965 roku i domyślać się tylko można, że i tak byłby do tego zmuszony trzy lata później.
Leopold Tyrmand to postać fascynująca. Należał do tego samego grona, co Stefan Kisielewski, był zaprzyjaźniony z jego rodziną (nawet pomimo DUPY wymalowanej przez Kisiela na masce samochodu Tyrmanda). Dzisiaj uważany jest za jednego z najlepszych polskich pisarzy tamtego pokolenia, chociaż większość tych, którzy książki w ogóle czytają, wymienić potrafi pewnie tylko "Złego". Ale Tyrmand to przecież mnóstwo reportaży, tekstów publicystycznych, również angielskich. Jednego, czego mi brakuje, to ekranizacji "Złego", do czego były przymiarki wielokrotne, ale dotąd nie zrealizowane, choć to powieść wybitnie filmowa.