Wreszcie przyszedł czas na tych, którzy spowodowali u mnie głębsze zainteresowanie muzyką. Paradoksem chyba jednak jest, że kiedy ta moja świadomość muzyczna się rodziła, a tym bardziej, kiedy stała się ukształtowana, oni zniknęli. Właściwie to zniknął Kurt Cobain, uczyniwszy miazgę ze swej głowy. Niemniej miłość (? - czy to właściwe określenie) do tej muzyki pozostała, pewnie jako taki instynktowny odruch. Bo Nirvana taką zwierzęcością, dzikością się wykazywała, a już scenicznie byli w tym mistrzami. Żałować tylko można, że nie dane było zobaczyć ich na żywo podczas koncertu, tak jak udało się to z Pearl Jam czy Soundgarden.
Mój ulubiony kawałek Nirvany wcale nie jest którymś z tych najbardziej znanych i rozpoznawalnych. Oczywiście tamte uwielbiam również, jednak serce skradł mi "Drain You" i to w wersji z koncertu. Tutaj konkretnie z festiwalu w Reading, ale na albumie "From the Muddy Banks of the Wishkah" znajduje się nagranie z jednego z festiwali w Kaliforni z 1991 roku. "Drain You" oryginalnie pochodzi z "Nevermind", tak gwoli informacji, ale pierwsze jego nagranie ujrzało światło dzienne w wersji wcześniejszego zespołu Cobaina - Melvins.
Dlaczego akurat taki wybór? Bo kawałek ten daje kopa. Śpiew Cobaina, jego głos w jego czasie daje jakiś niewytłumaczalny efekt unoszenia się. Ale zaraz potem (na załączonym wideo między 1:45-2:45 mniej więcej) następuje przytłoczenie do ziemi. Partia wyłącznie instrumentalna, z przesterowanymi gitarą i basem po prostu usadza, nie pozwala się podnieść. No i na koniec ten świdrujący śpiew Cobaina - coś wspaniałego. Tak zaangażowany, głęboki śpiew lidera Nirvany akurat w tym utworze, wynika być może z tego, że ponoć kiedyś wyraził opinię, że życzyłby sobie, by to "Drain You" stało się najbardziej znaną piosenką Nirvany. Dla mnie tak się stało i bez takich deklaracji.