Młodość. To jedno słowo wystarczy za wszystko, by wytłumaczyć, dlaczego akurat ten zespół i ta płyta, czyli "The biut". Kojarzy mi się z młodością, a nawet, rzekłbym, ze szczeniakowością. Z płytą zaznajomiłem się podczas kolonii letniej po siódmej klasie. Kolonia odbywała się w Dźwirzynie. Jak pamiętam kasetę z nagraniem katowaliśmy niezmiennie przez całe trzy tygodnie (tak, wtedy się jeździło na takie dłuuugie kolonie) po kilka razy dziennie. Z dzisiejszej perspektywy... byłoby to do porzygania. Ale nie wtedy.
Powinienem właściwie umieścić tutaj cały ten album, bo nie ma na nim, ani nic szczególnie się wybijającego, ani nic szczególnie słabego. O ile oczywiście nie uznać całości za słabość. Polski punk wydał z siebie jednak kilka lepszych projektów. The Bill swoją pierwszą płytą utkwił mi jednak mocno w pamięci. Oczywiście swego czasu pamiętałem chyba wszystkie teksty z ich debiutu. Później już do tego zespołu nie wracałem, nie licząc sprawdzenia ich dorobku i stwierdzeniu szybkiego znudzenia. "The biut-u" słuchać wciąż jednak lubię.
Energetyczna, prosta muzyka. Akurat w "Banzai" (który walczył o umieszczenie na blogu z "Piosenką o Wiśle" i "Wolnością") mamy do czynienia dodatkowo z nie takim znowu głupkowatym tekstem. Można się w nim doszukać głębszych treści, niźli tylko siedzenie na kiblu. No i ta solówka, po której następuje nieco cięższy i wolniejszy fragment. Fajne, do posłuchania i przywołania wspomnień.