Adam Chmielowski, Ogród miłości, 1876
Może jedną z przyczyn małej popularności i znajomości malarstwa brata Aberta jest także fakt, że jego najważniejszy obraz, nie dość że sam w sobie trudno zrozumiały, jest tak ściemniały że niewiele na nim można zobaczyć? Warto jednak spróbować przyjrzeć mu się dokładniej. Rozmawiałem kiedyś z konserwatorami na temat możliwości przywrócenia jego pierwotnego wyglądu. Zdaje się, że w tej chwili jest to raczej niemożliwe ze względu na procesy chemiczne, którym uległy zastosowane barwniki. Niemniej jednak coś na pewno dałoby się osiągnąć. Byłem kiedyś świadkiem robienia zdjęć tego obrazu w dość silnym świetle. Okazało się, że w odpowiednio silnym oświetleniu obraz zaczyna wydobywać się z ciemności (dołączona reprodukcja dość wiernie pokazuje jak obraz wygląda w zwykłym oświetleniu galeryjnym). Być może już samo zdjęcie werniksu wydobyłoby więcej szczegółów.
Zanim, jeżeli w ogóle kiedykolwiek, zobaczymy na tym obrazie coś więcej, warto zastanowić się nad jego przesłaniem. Nie jest ono jasne i trudno dostrzec związek wizji miłości, jaką zdaje się prezentować ten obraz a duchem franciszkańskiego oddania się bliźniemu jaki wcielał w swoim późniejszym życiu brat Albert. Jakub Zarzycki tak interpretuje znaczenie tego obrazu:
Byłoby ono metaforą życia jako wędrówki przez trudności (stąd ciemna noc i nieregularny krajobraz), aż do osiągnięcia stanu szczęścia (dojście do ołtarza, zadowolenie na końcu drogi), co jest powiązane z miłością do drugiej osoby (najważniejsze postaci na obrazie to para, ważny jest także tytuł). Co więcej, stan ten jest niejako ukryty i niedostępny, zaś osiągnięcie go przychodzi wraz z czasem.
Być może, lecz w alegoriach życia ludzkiego w sztuce dawnej, do której niewątpliwie nawiązuje ten obraz, pokazywano niemal zawsze różne stadia życia ludzkiego, od dzieciństwa do starości. Tu nie można się dopatrzyć takiego następstwa. Pochodowi przewodzi całująca się para. Zdaniem Elżbiety Charazińskiej uczestnicy procesji niosą wieńce, które złożą na ołtarzu z greckim napisem Hedone. Czy należy przez to rozumieć, że artysta przedstawił orszak ludzi hołdujących w życiu Przyjemności? Jakub Zarzycki pisze:
Na ołtarzu znajduje się grecki napis, "hedone", który możemy odczytać pomimo ciemności. Dzisiaj kojarzy się on zasadniczo z pojęciem hedonizmu. Jest to postawa, czy też doktryna etyczna, uznająca przyjemność za najwyższe dobro, cel oraz główny motyw ludzkiego postępowania, czy też zakładająca unikanie rzeczy przykrych. W potocznym rozumieniu uchodzi czasami za postawę naganną, czasami powiązaną z wątpliwą moralnością. Pojęcie to jest jednak bardziej złożone. W mitologii greckiej Hedone była daimonionem, czyli duchem utożsamianym z przyjemnością, ale nie tylko zmysłową. Uważano ją za uosobienie staniu, w którym nie ma cierpienia i bólu. Tak była również postrzegana przez włoskich humanistów okresu Odrodzenia.
Być może to krok we właściwym kierunku. Może warto byłoby też przyjrzeć się bliżej twórczości artysty dziś rzadko przypominanego, który w czasach kiedy Adam Chmielowski przebywał w Monachium święcił tryumfy, to znaczy Anzelma Feuerbacha. Jego obrazy cały czas można oglądać w Galerii Schacka w Monachium. Feuerbach malował głównie antyczne sceny, nadawał im jednak bardzo poetycki charakter, całkiem odmienny od akademickich wizji antyku. Być może porównanie tych dwóch malarzy przybliżyłoby nas do odczytania sensu tego obrazu. Jednego z najważniejszych w historii malarstwa polskiego i jednego z najmniej zrozumianych.