Wybrałem się po raz drugi na wystawę Czwartosa w Zachęcie i dopiero teraz mogłem spokojnie wszystko obejrzeć. Co nie znaczy że byłem sam. Oprócz mnie było na wystawie kilkanaście osób. Jak na wystawę polskiego współczesnego artysty, który nie jest Beksińskim albo Nowosielskim, to bardzo dużo.
Obrazy Czwartosa istnieją w całej sieci znaczeń i powiązań. Można mieć wrażenie, że artyście zależy na mnożeniu kontekstów, ale może tak jest bardziej prawdziwie. Może nie jest w stanie namalować obrazu, który istniałby poza kontekstem historycznym, artystycznym, także towarzyskim. Co więcej, nawet jego niby-abstrakcyjne obrazy będące może hołdem a może nieco ironicznym komentarzem sztandarowych dzieł malarstwa abstrakcyjnego, są pełne znaczeń, zresztą sam nazywa niektóre „sarmacką abstrakcją”. I rzeczywiście, niewiele różni się jego abstrakcja od pejzażu.
To co zwraca uwagę od pierwszego spojrzenia, to niezwykła paleta, która prawie się nie zmienia we wszystkich jego obrazach. Ale kto mógł przypuszczać, że bordowy kolor, którego Czwartos używa obficie to ten sam kolor co na kafelkach podłogi w Zachęcie. Można niemal mieć wrażenie, że artysta malował specjalnie po to, żeby jego obrazy pokazać w Zachęcie. Już teoretycy abstrakcji pisząc swoje manifesty z reguły powoływali się na dawne malarstwo, w którym odnajdywali cechy konstrukcji obrazu abstrakcyjnego. Czwartos zna ich teorię doskonale, co do tego nie mam wątpliwości, ale w pewnym sensie zrealizował ich manifesty a rebours. Przeszedł od abstrakcji do sztuki przedstawiającej, która jest zakorzeniona w tradycji malarstwa polskiego, ale myliłby się ktoś kto by pomyślał, że to prosty historyzm, odrzucenie współczesności i tylko fascynacja dawną formą. Czwartos w rzeczywistości wyznacza zupełnie inną drogę. Tworzy nową sztukę i nie są to epigońskie próby wskrzeszania przeszłości.
Właściwie jego sztuka przekracza malarstwo i korzysta silnie z doświadczeń konceptualizmu. Ale jego konceptualizm też sięga do polskiej tradycji i barokowej alegorii. W pejzażu - abstrakcji nagle pojawiają się numerki, nie po kolei, a dwa z nich z krzyżykami. Tak jakby oznaczały zmarłych? miejsce ich śmierci? Nie widać do czego się odnoszą, cała dolna część obrazu jest doskonale zielona, jak pejzaż widziany z bardzo dużej odległości, w którym nic nie da się rozróżnić.
Sam mówi, że sięga do portretu trumiennego, i rzeczywiście, jest w tych portretach coś głęboko prawdziwego, co, tak jak sztuka abstrakcyjna, jest głęboko przeciwne akademickiej tradycji przeciwko której występowali twórcy nowocześni. Jego figuratywne obrazy kojarzą mi się także z barokowymi obrazami Tańca Śmierci.