Daniel Schultz, Portret Andrzeja Trzebickiego, 1664
Poza historykami sztuki pewnie niezbyt wiele osób zdaje sobie sprawę z faktu, że jedna z najważniejszych galerii malarstwa polskiego znajduje się w krużgankach klasztoru franciszkanów w Krakowie. Każdy oczywiście kojarzy Wyspiańskiego i Mehoffera i ich prace w kościele franciszkanów, ale portrety biskupów krakowskich rzadko są oglądane przez wycieczki w pośpiechu zwiedzające Kraków (nota bene jeden z piękniejszych obrazów Boznańskiej również przedstawia scenę rozgrywającą się w tym kościele). Znajdujący się tam portret biskupa Andrzeja Trzebickiego należy do najciekawszych z portretów przypisanych Danielowi Schultzowi. Tak! Bo nawet w tym przypadku nie ma stuprocentowej pewności, że to Schultz, choć zarazem nie ma chyba żadnego historyka sztuki, który proponowałby inną hipotezę.
Historia obrazu jest nie mniej ciekawa, niż on sam. Droga do przypisania go Schultzowi, co nastąpiło stosunkowo niedawno była dość kręta. Ale najpierw cytat artykułu Marty Giżyńskiej-Mateckiej:
portret nasz uważany był zawsze za dzieło znakomitego pędzla. Porównywano go niekiedy z twórczością Rubensa lub przypisywano Van Dyckowi. Nic więc dziwnego, że gdy w r. 1832 został
skradziony przez nieznanego sprawcę, przełożony zakonu oo. franciszkanów ks. Franciszek Czekan, przerażony zaginięciem „nieocenionego zabytku”, uciekł się do podstępu i ogłosił z ambony, że sprawca jest mu znany. Ta nieco kontrowersyjna metoda okazała się jednak skuteczna, bo wkrótce potem obraz został podrzucony do wirydarza klasztornego. Cała ta przygoda nie wyszła mu chyba na dobre, skoro w r. 1847 przebywający w Krakowie Michał Giżycki, właściciel dóbr w guberni wołyńskiej, wyłożył pewną sumę na jego restaurację.
I tu zaczynają się problemy z ustaleniem, co to za wybitny twórca mógł być jego autorem
Dokonał jej w tym samym roku Józef Cholewicz i wtedy to znaleziono podpis oraz datę. Interesującą historię tego odkrycia podaje Konstanty Hoszowski, autor biografii Trzebickiego […] « przy zdjęciu i ścisłym zbadaniu tego arcydzieła okazało się z napisu, iż takowe wyszło spod pędzla słynnego [sic] w swym zawodzie Daniela Frecherusa w r. 1664»
Nazwisko Daniela Frechera zostało znalezione w księdze krakowskiego cechu, i mimo że już na początku kwestionowano możliwość jego autorstwa, Daniel Frecher został na długie lata autorem tego obrazu. Historycy sztuki oddali się fantazjowaniu na temat twórczości Frechera i trwałoby to może do dziś, gdyby nie rzucona na marginesie uwaga Andrzeja Ryszkiewicza, że odkrytą w XIX wieku sygnaturę można czytać jako Daniel Schultz.
W czerwcu 1971 roku dzięki uprzejmości prof. dra Jerzego Szablowskiego portret został — dla celów niniejszej pracy — przeniesiony do pracowni konserwatorskiej Państwowych Zbiorów Sztuki na Wawelu i zbadany przez prof. Rudolfa Kozłowskiego. Z powodu zbyt krótkiego czasu wypożyczenia obiektu przez oo. franciszkanów badania konserwatorskie ograniczyły się tylko do zdjęć rentgenowskich i w podczerwieni. Wykazały one niemał całkowite przemalowanie obrazu i zniszczenie jego pierwotnej struktury podczas poprzednich nieudolnych konserwacji. Okazało się również, że pierwotna sygnatura została niemal całkowicie rozmyta, a później poprawiona tak, że nawet zdjęcie rentgenowskie nie pozwala na odczytanie jej pierwotnej postaci.
Ciekawych argumentów za autorstwem Schultza odsyłam do artykułu Marty Giżyńskiej-Mateckiej, która drobiazgowo tłumaczy jak możliwe było w niewyraźnym podpisie Schultza dopatrzyć się Frechera. Nikt w każdym razie nie obstaje już przy jego autorstwie, choć obraz może nie w pełni daje możliwość podziwiania stylu Schultza, ze względu na rozległe późniejsze przemalowania. Mimo to robi duże wrażenie i na pewno warto zajrzeć do krużganków franciszkanów, żeby go obejrzeć.