Pięćdziesiąt lat temu byłem na Zamku na wystawie Hasiora. Była to pierwsza wystawa w nim zorganizowana i w ogóle jedna z pierwszych okazji, żeby obejrzeć odbudowane, jeszcze w stanie surowym, wnętrza Zamku. Nie pamiętam dlaczego się wybrałem. Miałem 11 lat i z pewnością nie interesowałem się sztuką, ale jak przez mgłę pamiętam atmosferę skandalu jaka towarzyszyła wystawie i dyskusje w komunistycznej telewizji czy to jest sztuka czy nie?
Wydaje mi się, że byłem ciekaw tego co wzbudziło takie kontrowersje. Oczywiście dzieła Hasiora mnie zaszokowały, nie zastanawiałem się nad ich formą. Teraz jest już inaczej. Artyści współcześni tak bardzo stępili naszą wrażliwość swoimi wybrykami, że prowokacje Hasiora wydają się zupełnie niewinne. Jeżeli ktoś chciałby jakoś globalnie podsumować efekty oddziaływania współczesnej sztuki i kultury, to myślę, że właśnie stępienie wrażliwości zamiast jej wysubtelnienia jest chyba efektem najbardziej powszechnym.
Tamta wystawa zapadła mi w pamięć i zapadła mi w pamięć forma prac Hasiora, ich kolorystyka i faktura użytych materiałów. Co tu dużo mówić, prace Hasiora źle się starzeją. Nawet konserwatorzy nie są w stanie przywrócić im tej drapieżnej formy jaką miały wtedy. Krwawa czerwień przygasła, jadowite zielenie zblakły, czerń nie jest już tak głęboka jak kiedyś, połyskujące gwoździe i druty bez wyjątku zardzewiały. Ulubione przez Hasiora welurowe tkaniny wyglądają jak ściągnięte ze starej kanapy. Ale może na tym polega też wartość tej wystawy. Zobaczyć jak przemija nowoczesność.
Aktualna wystawa nie jest powtórką, znalazły się na niej prace, których nie było poprzednio jak choćby jedna ze Stacji Drogi Krzyżowej, która była pracą dyplomową Hasiora.