Jan Matejko, Stańczyk, 1862, Muzeum Narodowe w Warszawie
Nie jestem fanem studiów nad kolekcjonerstwem i kolekcjami.Śledzenie zmian własnościowych wciąga jak dobry kryminał, ale nie potrafiłbym wskazać przypadku, żeby w naprawdę istotny sposób wzbogaciło wiedzę o samych dziełach sztuki, ich formie i znaczeniu. Choć takie badania mogą być przydatne dla historyków i socjologów. Może to tylko świadectwo mojej ignorancji i kiedyś będę musiał to odwołać. Zwłaszcza, że jednak zdarzają się wyjątki. Takim jest kolekcja Ignacego Korwin-Milewskiego. Ale nie jest to przypadek, pod wpływem którego mógłbym zmienić zdanie o studiach nad kolekcjami, właśnie dlatego że jest to przypadek wyjątkowy, i chyba coś więcej, niż tylko kolekcja.
Korwin-Milewski nie jest postacią powszechnie znaną, mimo że ostatnio poświęcił mu powieść "Oraz wygnani zostali"
Kolekcja Ignacego Korwin-Milewskiego w katalogu wystawy „Katalog der Ausstellung im Künstlerhause : Wien, am 22. December 1895”
Trzeba, niestety, dodać, że Korwin-Milewski nie był postacią jednoznaczną, Andrzej Ryszkiewicz pisze o nim wprost: „jakże trudno jest bowiem pisać o człowieku, który łączył właściwości skrajne, o którym – oddając mu wiele zasług – nie sposób wyrażać się z aprobatą tyle bowiem w swej niepohamowanej pysze i awanturniczym charakterze miał cech sarmackiego szlachcica-sobiepana, pieniacko i warcholsko zrywającego niegdyś sejmiki. Jak godził z tymi znamionami wielką kulturę, inteligencję i wiedzę, świetną znajomość wielu języków, subtelny smak artystyczny i prawdziwą hojność mecenasa –pozostanie zagadką rogatej, nieujarzmionej duszy litewskiego kresowca”.
Z tą nieujarzmioną duszą to lekka przesada, bo Milewski, tak jak wielu członków jego rodu był skrajnym lojalistą i twierdził, że Litwini, bo uważał się za Litwina są zobowiązani do absolutnego posłuszeństwa carowi, jeżeli chcą myśleć o zachowaniu substancji narodowej. Jednego z jego protoplastów Samuela Wołka-Łaniewskiego uwiecznił w niepochlebny sposób Adam Mickiewicz w Panu Tadeuszu wkładając w usta Gerwazego slowa:
Wszakże to Dobrzyńscy sami
Bili się na zajeździe myskim z Moskalami,
Których przywiódł jenerał ruski Wojniłowicz
I łotr, przyjaciel jego, pan Wołk z Ługomowicz;
Pamiętacie, jak Wołka wzięliśmy w niewolę,
Jak chcieliśmy go wieszać na belce w stodole,
Iż był tyran dla chłopstwa, a sługa Moskali;
Ale się chłopi głupi nad nim zlitowali!
(Upiec go muszę kiedyś na tym Scyzoryku).
Milewwski potrafił dbać o swoje interesy, do pewnego momentu, Zrobił majątek na kopalni soli w Rosji i potrafił go używać. Miał rezydencje w Wilnie i na wyspie Święta Katarzyna na Adriatyku, posiadał jacht „Litwa” i był świetnym żeglarzem. Odbył na nim kilka karkołomnych polarnych podróży. Ich dzienniki pokładowe opublikował we Francji własnym nakładem. Lecz pewnie nikt by o Milewskim dziś nie pamiętał, jak o innych lojalistach, gdyby nie zbiór malarstwa polskiego, jaki był jego własnością. Nie była to jednak zwyczajna kolekcja. Milewski miał ciągoty artystyczne i studiował malarstwo w najlepszym miejscu, gdzie można to było wówczas robić, to znaczy na Akademii Monachijskiej. Jego obrazy nie zdobyły uznania, więc zrezygnował z własnej kariery, natomiast poświęcił się tworzeniu swego zbioru. Z tym, że nie tworzył go wyłącznie kupując gotowe obrazy, ale często zamawiał je, ingerując w istotny sposób w ich formę. Niektórzy się na to zgadzali, niektórzy rezygnowali, ale dla cierpiących na ustawiczny brak pieniędzy polskich artystów była to pokusa nie do odrzucenia. Szczególną częścią jego galerii, którą utworzył na własnej wyspie na Adriatyku, był zbiór autoportretów najwybitniejszych w jego mniemaniu malarzy polskich. Nie ma tam Wyczółkowskiego, Wyspiańskiego i Mehoffera, ale są Matejko, Malczewski i tacy dziś mniej znani twórcy jak Michał du Laurans czy Mieczysław Reyzner. Znalazło się w niej szereg arcydzieł, które jeszcze przed wojną trafiły do Galerii Malarstwa Polskiego w Muzeum Narodowym w Warszawie, między innymi Stańczyk Matejki, Babie lato Chełmońskiego i dwa widoki Opery paryskiej Aleksandra Gierymskiego. Nic więc dziwnego, że na wystawę, nad którą od wielu lat pracowała Renata Higersberger, czekano od lat. Ile to razy ogłaszano, że już w tym roku dojdzie do skutku. Zawsze coś stawało na przeszkodzie. Nareszcie jest i można ją oglądać w Muzeum Narodowym w Warszawie! Jeszcze jej nie widziałem, ale ogromnie się cieszę, że powstała.
Czasami poddaje się w wątpliwość sens mówienia o „malarstwie polskim” jako osobnym zjawisku. Galeria Milewskiego jest dowodem, że właśnie było ono osobnym zjawiskiem. Milewski nie gromadził obrazów obcych malarzy, choć miał środki, żeby to czynić. Wielkim błędem była likwidacja Galerii Malarstwa Polskiego w Muzeum Narodowym w Warszawie. Miejmy nadzieję, ze kiedyś ona powróci. Przedwojenny napis nad wejściem do sal, w których się mieściła, nadal istnieje.