Jacek Malczewski, środkowa część tryptyku „Moje życie”, 1912, MNW
Starszy pan wyciera kieliszki, pewnie gdzieś już chłodzi się wino. Na ławce rozłożył się pies, który obserwuje chłopca jedzącego jabłko. Wygląda jakby miał w ręku smartfona, ale to kromka chleba. Malczewski przypomina, że nie trzeba podnosić głosu ani popadać dosłowność, żeby mówić dobitnie i tak, że nie da się tego co powiedziane zapomnieć. Tak o tym obrazie pisała Elżbieta Charazińska w katalogu wystawy „Moje życie”.
W tryptykowej kompozycji Moje życie zawarł Malczewski metaforyczny obraz własnej biografii. Całkowicie konkretna, potwierdzona wspomnieniami, jest scena środkowa, w której artysta przywołuje bolesne wspomnienie z dzieciństwa, sięgające powstania 1863 roku. Do bezpiecznego, swojskiego dworu w Wielgiem przybył patrol rosyjskich wojskowych, ich płaszcze i pałasze wiszą w przedpokoju, gdzie służący przygotowuje kieliszki do poczęstunku. Mały chłopiec, sam Jacek Malczewski, z niepokojem i z zaciekawieniem obserwuje tę scenę – ci obcy, wrogowie są podejmowani w salonie przez dorosłych. W jego rajski świat dzieciństwa, z klarownym podziałem dobra i zła, brutalnie wkracza niezrozumiały kompromis świata dorosłych. Dom zostaje zhańbiony.