Wracam do Kazimierza Mireckiego, bo jego osoba i twórczość pozostają przypadkiem nieporównywalnym chyba z żadnym innym w dziejach malarstwa polskiego. Jego determinacja aby być artystą potrafiła najwyraźniej doprowadzać innych do szewskiej pasji. Jerzy Mycielski w swojej historii malarstwa polskiego Sto lat dziejów malarstwa w Polsce 1760-1860 poświęcił mu całą stronę tylko po to by wykazać nicość jego sztuki:
Niedobrze za to malował, i jedynie na krótką wzmiankę wśród historycznych malarzy z krakowską szkołą związanych zasługuje — Kazimierz Mirecki. Urodził się on w Genui w r. 1836, uczył się potem malarstwa w Krakowie w szkole sztuk pięknych pod kierunkiem Stattlera w latach już jego nauczania ostatnich, następnie w Brukselli studya swe kończył, a wreszcie malował przez lata całe we Włoszech, z któremi urodzenie i stosunki rodzinne zawsze go wiązały. Zresztą przebywał wiele w Krakowie i w Warszawie, gdzie dotąd żyje, a gdzie tworzył zawsze tylko zdawkowe, banalne, niby historyczne obrazy, które jedynie garderobą średniowieczną lub renesansową przedstawionych na nich osób do historyi z daleka zbliżone być mogą, które zaś w gruncie rzeczy są tylko zbiorem słodkich czy groźnych manekinów, w stroje z teatru pożyczone poubieranych. Taką była na lwowskiej wystawie naturalnej wielkości Młoda dama w żółtej sukni z końca w. XVI, jakiś ładny model, ubrany w robron księżnej Eboli czy margrabiny Mondecar z teatru, takim jest ów w Muzeum Narodowem krakowskiem Święty Kazimierz rozdzielający jałmużnę , cukierkowaty blondynek z operetki, otoczony oledrukowym dworem i żebrakami w łachmany poprzebieranymi, takim także i ów Bekwark lutnista, siedzący w fotelu i grający na lutni, pięknie wyfryzowany Włoch, którego zza kotary podglądają dwie brzydkie, nie damy honorowe, ale raczej źle wychowane panny służące z fraucymeru królowej Bony. Obraz ten, który znajduje się u podpisanego, a malowany był w r. 1867, ciekawym jest chyba przez to jedynie, że znać w nim ze względu na układ i na epokę sceny, niezawodny wpływ wspaniałego Stańczyka Matejki, do którego, w rozumieniu malarza, miał może w wesołym tonie trzymane pendant stanowić, przez to porównanie dowodząc raz jeszcze, co jest w stanie wydać w młodzieńczym wieku, w latach 25, geniusz z Bożej łaski, a do czego dochodzi w latach 31 pracownik sumienny, ale malarz o talencie bardzo małym, a o intuicyi historycznej żadnej. Mirecki też, to jedynie nazwisko w polskiem malarstwie drugiej połowy wieku, a obrazy jego tylko za objawy chwalebne dobrych usiłowań uważane być mogą.
Kazimierz Mirecki, Autoportret, 1875, MNW