Wacław Koniuszko, Wieczorna zaduma, 1878
Wystawa “Monachijczycy” w Muzeum Narodowym w Lublinie jest kolejną próbą pokazania twórczości polskich malarzy studiujących i działających w Monachium w XIX i na początku XX wieku. Pomysł stworzenia wystawy monachijczyków był obecny od początku lat 90. w dziale malarstwa polskiego Muzeum Narodowego w Warszawie. Dlaczego do niej nie doszło? Żyła wówczas jeszcze najwybitniejsza badaczka tego tematu pani Halina Stępień. W MNW pracowały Janina Zielińska, doskonała znawczyni m.in. malarstwa Józefa Chełmońskiego, Anna Tyczyńska, Krystyna Znojewska, Lija Skalska. Wszystkie one już nie żyją. Powodów dlaczego jakaś wystawa nie dochodzi do skutku zawsze jest wiele, ale jednym z ważniejszych było chyba zdymisjonowanie dyrektora MNW Ferdynanda Ruszczyca przez Kazimierza Ujazdowskiego, co, dziś to widać wyraźnie, było ogromnym błędem. Kolejni dyrektorzy bardziej byli zainteresowani ideologicznymi produkcjami o niewielkiej wartości merytorycznej niż ambitnymi i posuwającymi naprzód naszą wiedzę wystawami malarstwa polskiego (choć na szczęście odbyły się wystawy monograficzne Aleksandra Gierymskiego i Józefa Brandta).
Wacław Koniuszko, Na Kazimierzu w Krakowie, przed 1885, Muzeum Okręgowe w Suwałkach
Jeżeli ktoś pamięta wystawę malarstwa monachijczyków w Suwałkach, to nie zawiedzie się w Lublinie. Bardzo niewiele obrazów się powtarza. Obie wystawy dopełniają się wzajemnie, prezentując zupełnie inny wybór obrazów. Czy jest to definitywny obraz malarstwa polskich monachijczyków? Oczywiście, że nie. Jest to temat tak obszerny, że nie sposób wyczerpać go w jednej wystawie.
Olga Boznańska, Portret chłopca, według autorów wystawy 1889-1894, ale ja bym go datował po portrecie Nauena, czyli po 1893. Skoro wypłynął w Wiedniu to może był tam namalowany w czasie pobytu Boznańskiej? Nie wiadomo, ile ich było naprawdę. Wiadomo, że Olga miała w Wiedniu wuja, więc może częściej tam bywała niż nam się zdaje.
W Lublinie znaleźli się tylko twórcy z drugiej połowy XIX i początku XX wieku. Zabrakło wcześniejszych, między innymi pierwszego polskiego monachijczyka Maksymiliana Piotrowskiego. Na szczęście Muzeum w Bydgoszczy przygotowuje w tym roku jego wystawę. Nie ma też Lessera i Matejki. Ale wypominanie brakujących nazwisk na takiej wystawie jest niedorzecznością. Nie ma fizycznej możliwości stworzenia wystawy, która pokazywałaby twórczość każdego polskiego artysty, który był związany z Monachium w XIX wieku. Halina Stępień szacowała ich liczbę na ok. 350.
Władysław Czachórski, Portret mężczyzny w binoklach, 1886, Muzeum w Hrubieszowie. Jaka szkoda, że nie wiemy kim był tak wymownie sportretowany przez Czachórskiego mężczyzna. Bankierem, sędzią, lekarzem? Na pewno należał do ówczesnej elity.
Niezwykłym rysem lubelskiej prezentacji jest jej scenariusz. Nie zachowuje ona jednolitego porządku (chronologicznego, biograficznego czy tematycznego), ale składa się z dwóch części. Pierwsza z nich to prezentacja twórczości monachijczyków w zbiorach Muzeum Polskiego w Rapperswilu. To niezwykle cenne, zwłaszcza w czasie, gdy w siedzibie kupionej dla Muzeum Instytut Pileckiego otworzył na razie tylko restaurację. Może nie jest to aż tak niewłaściwe, jak na pierwszy rzut oka się wydaje. Każdy, kto próbował zorganizować w muzeum restaurację, wie, co to znaczy, ale pod warunkiem, że Muzeum Polskie ostatecznie się tam też znajdzie, a na razie MKiDN wycofało się z listu intencyjnego i wygląda na to, że nie stanie się to nawet w odległym czasie.
Zdzisław Suchodolski, Trzej królowie, 1903, Muzeum Okręgowe w Suwałkach
Zatem możliwość zobaczenia w Polsce ogromnego wyboru z rapperswilskiej jest bezcenna. To pierwsza tego rodzaju wystawa w Polsce i choćby z tego powodu warto ją zobaczyć. Jedną z pereł kolekcji są gwasze Zofii Stryjeńskiej, która znalazła się w Szwajcarii w 1945 roku i nigdy nie wróciła do Polski. Zwraca także uwagę wspaniała jesienna akwarela Juliana Fałata. W drugiej części możemy oglądać prace pochodzące z innych kolekcji. Największą zasługą tej wystawy jest niewątpliwie prezentacja prac nieznanych, albo znanych tylko z aukcji, czasem poza granicami Polski, tak jak w przypadku fenomenalnego pastelowego Portretu chłopca sprzedanego kilka lat temu w wiedeńskim Dorotheum (ciekawe, jak nadal nisko cenią polskie malarstwo na Zachodzie, dom aukcyjny przewidywał cenę sprzedaży tego pastelu w 2019 na 4000-6000 euro, sprzedano go za 56.250 euro). Zwracają uwagę przede wszystkim obrazy Adama Chmielowskiego ze zbiorów Zgromadzenia Braci Albertynów, doskonałe i nieznane powszechnie obrazy Wacława Szymanowskiego (tak, to ten od pomnika Chopina w Łazienkach), świetne portety Czachórskiego (już nie pamiętam czy były na jego lubelskiej wystawie w 2001 roku), nokturny Wacława Koniuszki. Zwróciły uwagę świetne obrazy Streitta, Grocholskiego, Zdzisława Suchodolskiego, Lenza, Wyczółkowskiego, Maurycego Gottlieba. Byli oczywiście Gierymscy, Brandt, Chełmoński, Alfred Wierusz-Kowalski i inni lepiej znani monachijczycy, więc miło było przypomnieć sobie ich obrazy.
Wystawa kończy się za tydzień. Pozostaje pytanie: kiedy i gdzie kolejna wystawa monachijczyków? A warszawskie Muzeum Narodowe ma coraz wyżej zawieszoną poprzeczkę, jeżeli kiedyś zdecyduje się jednak na wielką wystawę monachijczyków, na jaką z pewnością zasługują.
Adam Chmielowski, Dziewczynka z pieskiem, 1874, Zgromadzenie Braci Albertynów
Władysław Czachórski, Portret biskupa Walentego Baranowskiego, 1877, Archidiecezja Lubelska
Wacław Szymanowski, Przekupka. Handlarka warzyw, ok. 1883