Chodziłem do szkoły podstawowej i do liceum w Warszawie, co miało tę zaletę, że braki i oczywiste fałszerstwa w edukacji mogłem uzupełniać i weryfikować przy pomocy wydawanych w podziemiu książek historycznych. Później bibuła zaczęła docierać prawie do wszystkich miejscowości w Polsce. Ale nawet w wydawnictwach podziemnych nikt chyba nie rozprawił się na serio z mitem "rewolucji hiszpańskiej". Wiadomo było, że bohaterski generał "Walter" czyli Karol Świerczewski, którego imieniem nazywano wszystko co dało się nazwać, był jednym z polskich ochotników, którzy pojechali pomagać komunistom. Nikt tego jakoś nie kwestionował, wydawało się to kwestią marginalną. Oczywiście wiadomo było, że Orwell, który też był ochotnikiem i też walczył po stronie Republiki, rozczarował się i efektem tego rozczarowania były jego książki Rok 1984 i Folwark zwierzęcy. Ale pomiędzy "rozczarować się" a "być uczestnikiem ludobójstwa" jest pewna różnica. Po 1989 też nie nastąpił wysyp publikacji na temat wojny domowej w Hiszpanii. Jedyną niepozorną książeczkę na ten temat, jaką udało mi się znaleźć, wydał kiedyś PAX. Nikt w Polsce, mimo tylu zmian nie ma jakichś szczególnych pretensji do polskich ochotników, którzy pojechali walczyć w Hiszpanii. A przecież chodzi o ludzi, którzy brali udział w zbrodniach. Nigdy nie zostali z tego rozliczeni. Nigdy nie uważano, że biorąc w tej wojnie udział okryli się hańbą. I, jak widać, nie można powiedzieć, że nie wiedzieli w co się angażują. Polska opinia publiczna była informowana o zbrodniach, które były popełniane za cichą aprobatą rządu republikańskiego. Najwyższy czas to zmienić.