Ponieważ jeszcze można obserwować Perseidy…
Witold Pruszkowski, Spadająca gwiazda, 1884
Spadająca gwiazda to jeden z najwybitniejszych obrazów Witolda Pruszkowskiego. Należy do kanonu malarstwa polskiego. Niestety, od 2011 po likwidacji Galerii Malarstwa Polskiego w Muzeum Narodowym w Warszawie jest niedostępny dla publiczności. Tak pisał o nim krytyk:
Spadająca gwiazda oto tytuł obrazu, który powstał zapewne w jego myśli, w jaką noc sierpniową spowitą sinemi mgłami, połyskującą miliardami gwiazd wyiskrzonych, spośród których odrywały się co chwila błyszczące meteoryty, leciały w przestrzeń, zostawiały za sobą przez minutę ślad świetlany i gasły na zawsze, rozsypując się na kosmiczne atomy.
Z takich gwiazd, fantazja gminu tworzy złotoskrzydłe latawce wprowadzone przez Goszczyńskiego w dziedzinę poezji. Było to jednak rzeczą daleko łatwiejszą, niż wystawić na płótnie spadającą gwiazdę, dać jej ciało i postać ludzką.
Artysta nie poszedł w ślad za baśnią, jego gwiazda nikogo nie kusi, nie ma w sobie nic szatańskiego ani anielskiego, leci ona w przestrzeń – przepaść, pchnięta żelazną ręką przeznaczenia, nie walczy z nim, nie opiera się próżno, nie rozumie go może. Na cudnie pięknej, bladej twarzy, nie ma ani żalu, ani rozpaczy, ani zgoła żadnego ludzkiego uczucia, tylko spokój martwy, senny, i obojętność czy rezygnacja wobec siły niszczącej wszelką myśl oporu. Ramiona jej rzucone nad głową, lecą w dół, a z rąk rozsypuje się zerwany sznur pereł, z którego każda spadając zapala się i gaśnie, jak dnie długiego różańca życia, świecące w teraźniejszości chwilę jedną, i zapadające w głąb wiecznego mroku. Mglista koloru ametystu szata, spowijająca wiotkie ciało gwiazdy, rozpływa się w etery, konturów jej pochwycić niepodobna, z tych wynurzają się ramiona i głowa zdobna jasnym promieniem. Uroku tej główki i tego świata opisać trudno, artysta potrafił dać ciało swej fantazji i w malowaniu jej pokazał niepospolitą sztukę, a całość owiał takim urokiem poezji i marzenia, iż można stać godzinę przed tem płótnem, patrzyć i marzyć nad tą bladą twarzą, rozkołysaną w przestrzeniach, wśród mieniących się ciemnych barw szafirów i fioletów, i na gwiazdy zapalone gdzie niegdzie, co zdają się urągać nieruchomem światłem, upadkowi swej siostrzycy.