Zszedłem z obranej drogi. W środę waga pokazała nawet 78,15kg. Byłem pewien, że zobaczę 77,xkg w niedziele, ale wszystko posypało się jak domek z kart. Często mówię, że zajadam stres i tym razem było tak samo. Zajadałem złość, bezsilność i chęć przetrącenia kilku małym gnojkom kończyn. Córka ma problemy w szkole z rówieśnikami. Radzi sobie z tym poprzez złość w domu. Może to i dobrze, że nie kisi tego w sobie, ale niestety negatywnie to też odbija na całej rodzinie. Córka potrafi wybuchnąć przy drobnych sprawach i trwać długo w tym swoim stanie. Czuje się odrzucona w szkole i jakby przekłada się to na dom. Od razu przy jakiś sprzeciwie czuje się odrzucona, niekochana i niedoceniana. Mamy pomoc pani psycholog, ale może będzie trzeba zmienić klasę i szkołę.
Córka pomagała koleżance włożyć butelkę do plecaka i inna stwierdziła, że teraz trzeba będzie ją odkazić (sytuacja z piątku). Piłki przy graniu w kosza też nie dostanie, jak ekipa zakaże. Małe gnojki. Hierarchia w stadzie. Dobija mnie to i czasem ostatnie o czym myślę to dieta.
Choć jak w piątek wszedłem na wagę i zobaczyłem 79,5kg to doznałem małego otrzeźwienia. Jak już mówiłem odchudzanie, to jest ostatnie rzecz jaka mi ostatnio wychodzi, więc szkoda byłoby ten ostatni przyczółek dobrego samopoczucia stracić.
Postarałem się ogarnąć dietę i wziąć się za siebie. W sobotę udało mi się pójść pobiegać na siłownie i też dodatkowo złość, bezsilność spalić na bieżni. Dostałem dodatkowego kopa i udało się przebić 10km. Choć nad tempem muszę jeszcze popracować (6:15 min/km 9,6km/h).
Standardowe porównanie na koniec
Miejmy nadzieje, że w przyszłym tygodniu będzie lepiej.