Nie jestem fanem postaci Wonder Woman, a pierwszy film z jej udziałem uważam za niezły - generalnie nic specjalnego, ale było parę fajnych elementów, których może byłoby więcej, gdyby nie Zack Snyder i zarząd Warnera wtrącający się w proces produkcyjny. Z tego też powodu umiarkowanie oczekiwałem na drugą część i miałem wobec niej wyższe oczekiwania. Wydawało mi się, że tym razem, gdy Patty Jenkins dostanie większą swobodę reżyserką, pokaże coś ciekawego. Zacząłem mieć wątpliwości, gdy przeczytałem miesiąc, dwa miesiące temu, że scenariusz do filmu to wyjątkowa tragedia (a niedawno się dowiedziałem, że był 3,4 razy przepisywany, co nie wróży nic dobrego). Te urosły jeszcze bardziej, gdy film w końcu wyszedł i pojawiły się recenzje. Nie te pierwsze, napisane przez prawdopodobnie opłaconych recenzentów, czy zakłamanych redaktorów, ale zwykłych widzów. No i w końcu obejrzałem "Wonder Woman 1984" i nie było tak chujowo w tym uniwersum od czasu, gdy Zack Snyder miał na nie największy wpływ. Ba, moim zdaniem jest jeszcze gorzej niż w przypadku BvS, bo tam miałem więcej rzeczy, które sprawiały mi autentyczną radość. Nie wspominając o tym, że był to bardziej jednolity produkt. Co prawda było w nim równie dużo wątków, które spokojnie można byłoby wyrzucić ze scenariusza bez szkody dla niego, ale jako całokształt był bardziej spójny pod względem klimatu, pomysłu itd. W zestawieniu z drugą częścią przygód Diany, to tam wystarczyło wyciąć kilka rzeczy, rozszerzyć niektóre wątki i dostalibyśmy być może niezły film z pozytywnymi przebłyskami. Tutaj trzeba byłoby wprowadzić więcej zmian. Jest ich tak dużo, że na pewno część z nich pominę, musiałbym go obejrzeć jeszcze raz, a szkoda mi tego czasu, bo w ciągu 2.5 godziny mógłbym zaliczyć 7 odcinków anime lub 2 epizody serialu na Netflixie.
Zacznę od tego, co mi się podobało i nie będzie to zbyt długi akapit. Większość scen akcji, powiedzmy że około 60-70% z nich, autentycznie mi się podobało. To prawda, wiele z nich można było lepiej wykonać, ale czułem w nich namiastkę tego, jak sobie wyobrażałem Wonder Woman w wersji live action przy oglądaniu różnych kreskówek i filmów animowanych DC. Mógłbym tu wyróżnić 3 sceny - sam początek z młodą Dianą, akcję w centrum handlowym oraz ten pościg w jednym z arabskich krajów. Pierwszy fragment został wykonany naprawdę dobrze i jest to najlepsza część filmu, dwa pozostałe by się świetnie sprawdziły w przypadku dobrego, śmieciowego kina. Takiego wiecie, prostego blockbustera z nieskomplikowaną fabułą, który ma się po prostu przyjemnie oglądać w kinie i sprawić radość widzowi (coś jak "Fast and Furious", czy "Deadpool"). Pierwsze 20 minut filmu jest całkiem spoko, tylko szkoda że Diana musi rozwalić wszystkie kamery, bo takie było idiotyczne założenie Zacka Snydera w filmie "Batman vs Superman". Spokojnie mogliby udawać, że takie coś nigdy nie miało miejsca i zrobić soft retcon. Dobra, już przestaję, miało być pozytywnie. No to hm... Barbara w pierwszej połowie wyszła nie najgorzej, a na pewno lepiej niż Gal Gadot, która jest sztywna jak kłoda drewna, nie umie grać i ma zajebiście ubogi zestaw mimiki. Tak jak w pierwszej części to jeszcze działało, bo Diana znalazła się po raz pierwszy poza swoją wyspą, tak w drugiej to się rzuca w oczy tak, jakby Gal Gadot była początkującą aktorką, a nie taką która ma już jakiekolwiek doświadczenie. Z tego co widzę po IMDB, to Gal Gadot gra już w filmach i serialach od 2007, więc można od niej czegoś oczekiwać. No i to by było na tyle z tych dobrych rzeczy, dalej jest tylko gorzej. A nie, czekajcie, robiąc screeny do tego tekstu przypomniałem sobie o scenie z fajerwerkami w samolocie. To było bardzo ładne i gdyby był dobry film, łatwiej byłoby zapamiętać tę scenę.
Od czego by tu zacząć... Rozwijając myśl z poprzedniego akapitu, kreacja WW to jakieś kurwa... Nieporozumienie. Może ja jestem ignorantem, nie znam nawet jednego komiksu z WW, wszystkich animacji też, ale z tego co wiem, to Diana jest symbolem jak Superman. Nie wiem, czy jest takim wzorcem dla innych superbohaterów (a przynajmniej tych kobiecych), jak Clark Kent, ale na pewno jest symbolem różnych, poytywnych i chwalebnych wartości. Tutaj jest to nieco zagubiona bohaterka, która ma słaby punkt - zakochała się tylko raz w swoim życiu kilkadziesiąt lat temu. Pomijam fakt, że zgwałciła faceta, który nie był jej wybrankiem serca, a jedynie posiadał jego duszę. Wiedziała o tym, bo była przy tym, gdy przeglądał się w lustrze. Mi to za bardzo nie przeszkadza, bo nie jestem fanem komiksów DC, ale to duże odstępstwo od charakteru tej postaci. Jeszcze większe niż w przypadku Supermana z filmu "Man of Steel", gdy ten skręcał kark Zoddowi. Barbara z kolei w pierwszej połowie filmu była nawet znośna. Jej relacja z z Dianą była nudna, jej kreacja płaska jak klatka piersiowa u 5-letniej dziewczyny. Pamiętacie, jak sie przedstawiało nerdów w filmach 30-40 lat temu? No, to kreacja Barbary jest na mniej więcej podobnym poziomie. Wzięto kilka cech, które przejawiają niektóre nerdy, dopisano do scenariusza, że dziewczyna jest niezdarna, ma dużą potrzebę atencji, chyba większe potrzeby seksualne (mówię chyba, bo to może być moja nadinterpretacja) i to tyle. Aaa... I jeszcze Cheetah, która pojawiła się na kilka minut pod koniec filmu, na dodatek było tak ciemno, że niewiele było widać. Skoro o tym mowa, to finał WW1984 był strasznie słaby, jak z jakiegoś taniego filmu. Słabe efekty, byle jaka choreografia, coś na poziomie pojedynku z Aresem z pierwszej części. No i to lasso, o którym słyszałem w kilku reecenzjach. Do pewnego momentu starannie przyglądałem się każdej z nich, mówiąc co jest możliwe i zgodne z komiksami, a co nie. Do któreś minuty, nie pomnę której, niemal wszystkie zastosowania broni Diany były ok. Potem jednak zaczęli coraz bardziej przeginać, aż zaczęliśmy dostawać coraz większe absurdy. Zaczynając od tych lekkich - Diana przekazała swojemu chłopakowi informacje o tej legendarnej wojowniczce Amazonek tak, jakby poprzez lasso można było przekazać naszą wiedzę/pamięć dotyczącą czegokolwiek lub kogokolwiek, WW latała i miała tarczę dzięki temu przedmiotowi, mogła się bujać po błyskawicach, czy chwytać samolotów będących wysoko nad ziemią, tak na oko kilka kilometrów (widać je, nawet całkiem wyraźnie, ale nie są zbyt głośne z perspektywy ludzi).
Maxwell Lord to beznadziejna kreacja, trudno byłoby mi znaleźć jakiegoś mniej nudnego, czy gorzej napisanego przeciwnika. Może w pierwszej wersji scenariusza wypadł ciekawiej, tak samo jak inne rzeczy. Nie rzuca się to tak bardzo w oczy, jak w przypadku pierwszego "Suicide Squad", ale można dostrzec przy kilku scenach, że były doklejane do reszty. Uderzyło mnie to szczególnie w momencie, gdy WonderWoman leciała do tej bazy wojskowej i po drodze, kompletnie bez sensu, wzięła ze sobą legendarną zbroję. Dreamstone to najgorszy wątek fabularny, jaki widziałem w jakimkolwiek filmie super-hero ostatnich 15 lat. Niezależnie, czy mówię o tych droższych lub tańszych filmach. Jego zasady działania zostały zarysowane bardzo ogólnikowo i nie konkretnie. Nie znamy przez tego zakresu jego możliwości, słabości itd. W języku gier online mówi się, że taki przedmiot jest broken, a co za tym idzie - powinno się go albo wywalić do kosza albo napisać kompletnie od zera. A skoro przy tym jesteśmy, to przydałoby skrócić ten film o przynajmniej 30 minut. Samo wycięcie zbędnych rzeczy, poprawiłoby przynajmniej minimalnie mój odbiór filmu. Aaa i jeszcze jedno, muzyka w tym filmie to straszne gówno. Hans Zimmer pewnie wyciągnął jakieś utwory z szuflady i wysłał Warnerowi. Zabrakło theme'u autorstwa Junkie XL i w/w kompozytora lub utworu Blue Monday. Gdybyśmy dostali przynajmniej ich fragment w którejś scenie walki, to byłoby dużo lepiej.
Reasumując, tak jak napisałem dzisiaj na swoim profilu na Facebooku, jeśli nie jesteś naprawdę zdeterminowanym lub zainteresowanym fanem, który jest skłonny wiele wybaczyć, to nie polecam "Wonder Woman 1984". To jeden z najgorszych obrazów, jeśli chodzi o nową falę produkcji z gatunku super-hero. Poniżej jest już tylko "Ant-Man 2", który był największym gniotem, jaki widziałem. W ostateczności możesz obejrzeć pierwsze 30 minut, pozostałe dwie godziny nie są warte Twojej uwagi. Jak dla mnie 3/10, aczkolwiek nie przykładajcie do tej oceny większej wagi, bo rzadko kiedy oglądam produkcje, które oceniam poniżej 5/10 i brak mi jakiegoś punktu odniesienia. Generalnie zawiodłem się, oszukaliście mnie jeszcze bardziej niż Marvel z udawaniem, że film dzieje się kilkadziesiąt lat temu. Poza dosłownie kilkoma elementami, które można policzyć na palcach obu rąk, to nie widać, że akcja "Wonder Woman 1984" dzieje się w roku, który widnieje w tytule.
Dziękuję Karolowi za odpowiedź na kilka pytań z komiksów DC.