Obejrzałem już ponad połowę serialu i powoli zacznę się zbliżać do końca, więc pora na mały update. Nadal trzyma wysoki poziom i choć jest więcej rzeczy, na które narzekam, to doszło kilka fajnych wątków. Całkiem niezły wynik, jak na tyle odcinków i powtarzalność części pomysłów. Pomijając te nudniejsze epizody, w których niewiele się dzieje, a bohaterki mogą sobie pogadać o luźnych sprawach, czy parę gorzej napisanych wątków (co wraz z każdym kolejnym sezonem, jest coraz trudniejsze do uniknięcia w każdym serialu), to w zasadzie tylko jedna rzecz mnie wkurzała. O reszcie w większości zapomniałem lub ich zakończenie było minimalnie satysfakcjonujące. Edit: Nie wiedziałem, gdzie go umieścić, więc wrzucam to do wstępu. Szybciej nam (mi i dziewczynie) szło oglądanie serialu niż mi pisanie o nim, więc zostało nam tylko kilka odcinków. Nie będę z tego powodu zmieniał struktury tekstu, przeniosę je do swojej finalnej recenzji i podsumowania całego "Orange is the New Black", która trafi na bloga najpóźniej na początku lutego.
Tą rzeczą, czy raczej osobą, jest Chapman. Ech, nie pamiętam kiedy widziałem tak irytującą główną bohaterkę... Chyba jeszcze w żadnym serialu. Gdybym miał zrobić całkowicie subiektywny ranking najgorzej poprowadzonych żeńskich postaci, to Piper przebiłaby nawet Rey Skywalker. Rey jest większą Mary Sue od Luke'a, nie ma charakteru, została beznadziejnie rozwinięta, ale przynajmniej nie wkurwia. Fakt, jej szczątki charakteru zostały napisane w tak bezpieczny sposób, że nie wyróżnia się ani za bardzo na plus ani na minus, ale w takich przypadkach, na krótko docenia się przeciętność i nijakość. Chapman jest tak odważna, jak każde bananowe dziecko z bogatego lub przynajmniej tzw. "dobrego domu" - sprawia jedynie wrażenie. Czasem lepiej, czasem gorzej, ale póki nie ma jej koleżanek lub nie znajduje się na dogodnej pozycji, to łatwo ją zepchnąć z piedestału. Udało jej się w więzieniu kilka rzeczy, to jej ego odleciało w kierunku gwiazd. To jeszcze byłoby to przeżycia - to urocza blondynka, więc takie zadufanie w sobie jest na swój sposób słodkie, nie jestem natomiast w stanie przetrawić jej idiotycznych tekstów, kłamstw i ogólnego zakłamania. Tak jak ją chwaliłem w początkowych sezonach, tak od pewnego momentu, trudno jest znaleźć jakiś odcinek, w którym nie zrobiła czegokolwiek głupiego. Najbardziej zażenowała mnie jej przemowa, w której motywowała więźniarki do noszenia seksownych majtek. Sam pomysł był bardzo dobry - jak pokazuje przykład Belle Delphine, czy Japońskich studentek i uczennic, są na tym świecie simpy i frajerzy, które są w stanie płacić duże pieniądze za takie rzeczy, trzeba więc na nich zarabiać. Problem jest tylko taki, że jak Chapman zaczęła dorabiać do tego ideologię, to przez chwilę czułem się zażenowany oglądając ten serial.
Na szczęście pozostałe bohaterki (a przynajmniej większość) są już lepiej prowadzone przez showrunnera, reżyserów i scenarzystów. No i przede wszystkim jest na nie jakiś pomysł. Trudno jest prowadzić jakąś postać przez wiele odcinków (no chyba, że jest to serial proceduralny, w którym większość odcinków ma zbliżony do siebie schemat), bo w końcu dojdzie do granicy między sensownym rozwijaniem, a rozciąganiem jej wątku na siłę, często w kierunku coraz większej śmieszności lub powtarzalności. Oznacza to, że widz będzie mógł stopniowo, coraz bardziej wkurzać się na jakiś serial lub będzie znudzony. W takiej sytuacji można np. zmienić naturalne środowisko danej postaci na takie, w którym nie będzie się czuła swobodnie lub postawić ją w jakieś niecodziennej sytuacji, która wymaga od niej podjęcia ważnej decyzji, która znacząco wpłynie na jej wątki lub relacje z innymi bohaterkami. Obecnie najbardziej lubię tę lesbijkę na odwyku od narkotyków. Na ten moment mogę powiedzieć, że Nikki to najlepiej prowadzona postać. Stopniowo dostajemy o niej coraz więcej informacji, jest rozwijana w spójny sposób, a jej kolejne zachowania są logicznym następstwem poprzednich decyzji lub problemów, z którymi musi sobie poradzić. Np. krótki pobyt w więzieniu Max, do którego trafiła przez to, że znalazła się w złym miejscu o złym czasie i miała nieszczęście zostać kozłem ofiarnym (mam na myśli sytuację przed buntem). Gdy już wróciła do swojego starego więzienia, to z powodu radości i chęci celebracji, wróciła do swojego nałogu na chwilę. Albo drugi przykład, jej retrospekcje, w których dowiedzieliśmy się że od dziecka była pyskatą i krnąbrną dziewczynką, która nie boi się mówić tego, co myśli. Śmialiśmy się głośno z dziewczyną, gdy ośmieszyła swoich rodziców podczas uroczystości w synagodze. A skoro mowa o radzeniu sobie z problemami z czasów dzieciństwa, polubiłem tę dziewczynę po kilku aborcjach, która trafiła do więzienia za zabójstwo. Zacząłem ją darzyć sympatią przez jej retrospekcje, które dobitnie pokazały, dlaczego ma taki, a nie inny charakter i z czego wynika jej obojętność na problemy, których doświadcza. Przez to, że nie zaznała za dużo miłości, a matka celowo ją wykorzystywała do zdobycia jak największej ilości socjalnych benefitów, to godzi się na każde złe zachowanie, o ile jest w nich choćby minimum miłości lub zachowań, które są z tym mimo wszystko kojarzone. Sama do nich lgnie, co prawda sprawiają jej fizyczny ból, ale też kojarzą jej się z dzieciństwem i dobrze znaną biedą. To "świetny" przykład na to, że ludzie mimo że mogą odejść od toksycznych schematów, to wolą z nimi żyć, bo dobrze je znają i wiedzą, czego się można spodziewać zamiast czuć strach przed nieznanym.
Drugą moją ulubioną postacią, jest ta starsza pani, która w dzieciństwie była skautem. Ma rozległą wiedzę, mnóstwo praktycznych umiejętności, wie ile gadać, a czego broń Boże nie mówić oraz potrafi się doskonale zaadaptować do każdych warunków. Bardzo rzadko narzeka i równie nie często się cieszy, ale kiedy dochodzi do jednego lub drugiego, to jest to szczere wkurwienie lub nieudawana radość. Przy pierwszym można się przestraszyć będąc na miejscu osoby, którą postrzega jako wroga, zaś przy drugim, jej zadowolenie udziela się również nam, widzom. Poza tym polubiłem nowe bohaterki, nie tylko te przedstawione w więzieniu o zaostrzonym rygorze, ale również tę wielbicielkę teorii spiskowych. Kilkukrotnie zaśmiałem się pod nosem, bo sam do pewnego stopnia przesadzałem z nimi na pewnym etapie swojego życia.
Skoro mowa o Maxie, to póki co niewiele o nim powiem, bo dopiero poznaję to więzienie. Na pewno jednak mogę powiedzieć, że więzienie w Litchfield to wakacje wobec zakładu penitencjarnego o maksymalnym rygorze. Swoboda osadzonych jest jeszcze bardziej ograniczona, jest o wiele więcej groźnych więźniarek, a co za tym idzie, kary są jeszcze bardziej dotkliwe - nie tylko te od strażników, ale i ze strony "koleżanek" z celi. W Litchfield momentami też nie było lekko, ale można było sobie łatwiej poradzić z konsekwencjami swoich błędów, znaleźć jakąś bratnią duszę lub przynajmniej normalnych więźniarek, które trafiły za kratki z powodu przestępstw mniejszego kalibru. No i nie było zbyt wiele sytuacji, że strażnicy znęcali się nad osadzonymi. Polubiłem liderkę jednego z bloków, tą która ma zatarg z Friedę Berlin. Co prawda póki co nie widziałem zbyt wiele scen z nią (przerwaliśmy seans na odcinku, w którym Rednikov "przypadkiem" trafiła do jej pokoju), ale czuć od niej aurę prawdziwej suki i samicy alfa. Taki mix Alex Vause i Rudej, tylko pozbawiona litości i bardziej zdeterminowana.
Nim jednak zobaczyliśmy więzienie o zaostrzonym rygorze, to byliśmy świadkami buntu w więzieniu, do którego doszło przez nieumyślne zabójstwo Poussey. Przez chwilę poczułem się jak podczas niedawnej rozróby, po zabiciu Floyda (tego przestępcy, który był bardzo naćpany mocnymi narkotykami i nieco wcześnie groził pistoletem kobiecie w ciąży). Jak w przypadku George'a, jej śmierć również była wypadkiem przy pracy, a konsekwencje podobne, tylko na mniejszą skalę. Spodziewałem się czegoś więcej po nim, bo wielu YouTuberów zachwalało ten etap w serialu. Myślałem, że będzie więcej krwi, dramatycznych momentów, za to mniej komedii w postaci zamykania strażników i pracowników więzienia w WC, czy zaćpanych osadzonych. Nie było źle, generalnie nie mam nawet zbyt wiele zarzutów, ale był za bardzo rozciągnięty. Można go było spokojnie skrócić o jeden odcinek lub przynajmniej jego połowę, a tym samym usunąć kilka wątków komediowych, by nieco udramatyzować ten wątek. Epizod z Piscatelą (tym dużym strażnikiem, który zamordował w brutalny sposób gwałciciela swojego wybranka serca - zmarł w wyniku poparzeń) był jego najlepszym etapem. Było dramatycznie, dostaliśmy świetne domknięcie jego postaci oraz ciekawe konsekwencje w późniejszych epizodach. Moim drugim ulubionym wątkiem było zabójstwo tego strażnika przez Diaz. Czy raczej jego konsekwencje, dziewczyna spieprzyła sobie życie do końca i rozpoczęła szybką podróż w kierunku w mrok. Stała się złą postacią, przestało jej zależeć na czymkolwiek i zaczęła niszczyć samą siebie. Na początku było mi jej szkoda, bo broniłem ją głupotą, tym że znalazła się w złym miejscu o złym czasie, ale po paru odcinkach zmieniłem zdanie. Stała się egoistyczna i skrajnie samolubna, stanowiąc tym samym ciekawy kontrast dla postaci Nikki, która zmienia się w przeciwnym kierunku.
Reasumując, jeśli szukacie długiego serialu, który trzyma przynajmniej dobry poziom przez większość odcinków, to polecam z czystym sumieniem "Orange is the new black". Są lepsze produkcje, to fakt, ale ten również trzyma solidny poziom i świetnie się ogląda do kolacji, obiadu, czy zwykłego relaksu.