"Piątek 13" jest drugą serią horrorów, którą zacząłem w trakcie oglądania klasyków z ubiegłych dekad. Wcześniej obejrzałem 2 części "Halloween", do czego zachęciła mnie genialna kontynuacja z 2018 roku oraz kilka innych czynników. Powiem odrazu, nie zostałem fanem filmów z Jasonem, ale żeby nie było, że zaczynam od narzekania - na tle "Hellraisera", "Evil Dead" i dwóch innych klasyków, to jest to najlepsza seria, jaką póki co widziałem. Zaraz za serią o Michaelu Myersie zapoczątkowaną przez Johna Carpentera. "The Thing" nie porównuję do tych filmów, bo z całym szacunkiem, ale to tak, jakbym porównywał Kevina Spacey do Marcina Dorocińskiego, bo obaj grali w serialu Netflixa - to inna klasa. Postanowiłem obejrzeć "Piątek 13" aż do czwartej części przede wszystkim dlatego, że wg zapewnień moich kumpli, Rafała i Przemka, żeby móc w pełni uczciwie się wypowiadać o tej serii, to powinienem obejrzeć przynajmniej pierwsze cztery odcinki. Niedawno temu w końcu ją skończyłem i... Cóż, nie podobało mi się. Wydaje mi się jednak, że to wynika z tego, że mimo kilku ciekawych pomysłów, to seria nie zestarzała się zbyt dobrze i jeśli nie zetknęliśmy się z nią wcześniej (tj. za młodu lub np. kilka lat od czasu premiery), to nie robi już takiego dużego wrażenia. Nie winię tu tych filmów, to dobre lub niezłe produkty swoich czasów (tak jak wiele gier, np. kilka części "Assasin Creed", seria "Gothic", większość filmów Marvela) niemal wszystko ma po prostu bawić tu i teraz. Jak dobrze przejdą próbę czasu, to jest to dodatkowy atut, a nie coś niezbędnego. Pochwały pod tym względem są zarezerwowane dla filmów, jak wyżej wspomniane "The Thing", "Alien 8 Pasażer Nostromo", "Terminator 1&2" i kilka innych.
Zacznę od zalet, chyba. Piszę chyba, bo nie wiem czy będzie na co - nie mam za dużo do narzekania, za to mogę pochwalić te filmy za kilka rzeczy. Np. za to, że oglądało mi się je zaskakująco przyjemnie, bo po pierwszej części nie spodziewałem się, że to napiszę. Przy "Hellraiserze" miałem 1 dobrą część (lepszą od początku omawianej przeze mnie serii) i rozczarowujący sequel. Fakt, nie jest to uczciwe porównanie, bo porównuję 2 filmy do 4, ale kontynuacja dzieła Clive'a Barkera była już słabsza niż druga część "Friday 13". W "Evil Dead" było również kilka dobrych pomysłów, ale seans był dla mnie męczący, bo film był nierówny pod względem wykonania. Niektóre fragmenty dawały dużo frajdy, ale było za dużo nudy, kiepskich dialogów (nie żeby tytuł Seana S. Cunninghama odstawał w tym aspekcie, ale było przynajmniej odrobinę lepiej), wydaje mi się, że reżyser był mniej doświadczony. "Friday 13th" to natomiast technicznie dobra robota (zdjęcia, montaż, reżyseria, klimat, relatywnie nieźle napisany scenariusz) z widocznym pomysłem na serię. Może nie jakiś wyjątkowo skomplikowany, w końcu to zwykły slasher dla młodzieży, 20-latków, ale jest i wypada całkiem nieźle. Mam na myśli to, że nie da się uciec przed klątwą z jeziora Crystal. Tzn. że nawet jeśli uciekniesz Jasonowi, to on i tak w jakiś sposób cię dopadnie i zniszczy Twoje życie. Może nie jest to coś wyjątkowo odkrywczego na tle pozostałych slasherów (jeśli się mylę, to mnie poprawcie), ale dotychczas widziałem niewiele filmów z tego gatunku, więc doceniam ten element.
Fabuła jest standardowa i można by rzec, że już w czasach, gdy byłem małym chłopcem (końcówka lat '90, początek nowego tysiąclecia), to była czymś, co dzisiaj nazywamy memem. Ot grupa nastolatków wyjeżdża nad jezioro, by zabawić się bez gderających rodziców i poczuć smak wolności. Pechowo wybrali jezioro, gdzie kilka lat wcześniej utopił się młody chłopiec przez swoją nieuwagę i błędy ratowników. Matka młodego Jasona rzuciła klątwę na jezioro Crystal - wszyscy ludzie, którzy się przy nim zatrzymają, zginą. W pierwszej części mordercą jest matka Jasona - Pamela Voorhees, zaś w kolejnych jej syn (a przynajmniej tych, które ja widziałem). Ciekawym zabiegiem jest to, że przez długi czas nie widzimy twarzy zabójcy, a jedynie obserwujemy morderstwa bezpośrednio z jego perspektywy lub widząc jedynie jego nogi lub ręce, w których trzyma jakiś niebezpieczny przedmiot. Widzimy jego twarz dopiero, gdy straci swoją kultową maskę hokeisty lub worek na głowie, w którym biega w 2 części. Kiedyś usłyszałem ciekawe zdanie, że celowo ukrywa się wygląd potwora przez większość filmu (lub filmów), by jak najdłużej budził strach. Nie znam się na horrorach, więc nie wiem, jak bardzo powszechne jest ukrywanie pełnej tożsamości zabójcy (w sensie, czy podejście Seana S. Cunnighama jest unikalne, czy raczej dość popularne), ale przypadło mi to do gustu. Nie żeby postać Jasona była tak ciekawa, by otaczać go nutką tajemnicy, ale sam pomysł jest ok. Ponadto relatywnie podobała mi się ścieżka dźwiękowa każdego z filmów. Co prawda nie słucham jej (za wyjątkiem motywu muzycznego z 3 epizodu, klimatyczna i dobra piosenka, choć niezbyt oryginalna, czy kreatywna kreacja muzyczna), ale została dobrze dopasowana do filmów.
Jeśli chodzi o danie główne każdego slashera, czyli pomysłowe i brutalne morderstwa, to pod tym względem "Piątek 13" nie zrobił na mnie wrażenia. Większość z nich, bo trafiło się kilka pojedynczych przypadków, które mi się podobały, wyglądały dość pospolicie. Nie wiem, może taki był zamysł, by wyglądały na zwykłą, bestialską zbrodnię w wykonaniu "zwykłego" człowieka, ale nie przypadły mi do gustu. O większości tych dobrych przykładów zdążyłem już zapomnieć. Podobało mi się, jak Jason wyciągnął jedną z bohaterek i wyrzucił ją z okna lub tak ścisnął głowę jednemu młodzieńcowi, że oczy mu wyskoczyły z oczodołów. Dużo przyjemniej oglądało mi się tego typu fragmenty w 1 i 2 części "Halloween". Głównie ze względu na to, że zostały bardziej przemyślane, lepiej wyreżyserowane oraz napisane, mogłem też bardziej zżyć się z Final Girl, jak i samym antagonistą. Skoro wspomniałem o bohaterach, to choć pod tym względem "Friday 13" jest lepszy niż slashery, o których napisałem na początku, to nie oznacza to, że jest z automatu dobry. Po czterech częściach nie rozumiem kultu, jakim jest otaczany Jason, a żadna z ważnych postaci nie zapadła w mojej pamięci w jakikolwiek sposób. Żeby nie było, uważam że "Halloween" w tej kwestii jest dobre tylko ze względu na Laurie Strode. Michael Myers w 1 i 2 części jest równie nudną personą i gdyby nie jego kreacja z 2018 roku, to dzisiaj myślałbym o nim mniej więcej to samo, co o Jasonie Voorhees. Zakładam jednak, że taka jest cecha tego gatunku, więc nie postrzegajcie tego jako krytykę.
Reasumując, nie żałuję poświęconego czasu. Tworząc sobie listę filmów, które muszę poznać, spodziewałem się że przynajmniej kilka z nich kompletnie nie przypadnie mi do gustu. Choćby dlatego, że jak napisałem we wstępie, są to produkty swoich czasów i bez poczucia nostalgii, trudno mi będzie zaangażować się w seans. Kiedyś inaczej pisano scenariusze, kreowano postacie, a same filmy slashery powstawały stosunkowo szybko, łatwo i niewielkim kosztem, mając zapewnić równie szybki i łatwy zysk. Ma to swój urok, a niewielki budżet wymusza kreatywne działanie i kombinowanie, jak pokazać coś, by było jednocześnie jakościowo dobre i niezbyt kosztowne. W omawianych filmach jednak tego nie dostrzegłem. Może to przez ignorancję, może niedokładnie oglądałem każdy z tych filmów, jednak nawet jeśli pominąłem takie elementy, to nie sądzę by było ich dostatecznie dużo. Inna sprawa, że jak już wspominałem, nie jestem koneserem tego gatunku i mało który film grozy robi na mnie wrażenie. Nie darzę ich taką antypatią, jak musicale, czy dzieła opierające się na muzyce lub tańcu, ale nie jest to lubiana przeze mnie kategoria. Niemniej, cieszę się, że obejrzałem ten film, bo było nie było, to klasyka swojego gatunku, a te warto znać, jeśli ktoś interesuje się kinematografią. Oceny nie wystawię, bo nie mogę się zdecydować na żadną konkretną cyferkę, a nawet gdybym mógł, to nie zrobiłbym tego. Jeśli chodzi o listę moich ulubionych części, to na ten moment wygląda ona tak - 3>4>2>1.