W ciągu ostatnich kilku dni obejrzałem trzy klasyczne horrory - "Halloween", "The Thing" i "Hellraiser". Tym pierwszym zajmę się w innym tekście, bo nim o nim napiszę, to chcę zobaczyć drugą część. W dzisiejszym tekście przeczytacie moją opinię o klasyku Johna Carpentera i Clive'a Barkera.
O "The Thing" słyszałem od najmłodszych lat, ale nigdy go nie widziałem, jak również nie miałem takiej potrzeby. Czemu? Przede wszystkim dlatego, że nie jestem fanem horrorów. Przez wiele lat swojego życia stroniłem od nich i oglądałem je tylko wtedy, gdy pomysł zaintrygował mnie do tego stopnia, że odczuwałem silną potrzebę poznania tego tytułu (co zdarzyło się tylko kilka razy). Trafiło się parę pojedynczych przypadków, jak "Alien: 8 pasażer Nostromo", czy "Alone in the Dark" (jeśli mowa o horrorach innego typu), ale to specyficzne wyjątki. W przypadku "The Thing" dochodzi jeszcze jeden powód, z niezrozumiałych dla mnie przyczyn, nie widziałem w nim nic, co by mnie zainteresowało. Teraz widzę jak bardzo się myliłem. Aczkolwiek z drugiej strony, cieszę się podobnie jak w przypadku "Rambo", że zwlekałem tyle czasu z jego obejrzeniem, dzięki temu jeszcze bardziej doceniłem ten film.
Doceniłem go za trzy rzeczy - fabułę, klimat i efekty specjalne. Nie znam filmu Howarda Hawksa "Istota z Innego Świata" z 1951, ani tym bardziej jego książkowego pierwowzoru autorstwa Johna W. Campbella pt. "Who Goes There", więc nie wiem czy podobieństwo do "Alien: 8 pasażer Nostromo" jest przypadkowe. Choć zagrożenie jest zupełnie inne w obu filmach, to da się w nich odczuć podobnie gęstą atmosferę zaszczucia, brak możliwości ucieczki, generalnie zbliżony klimat. Przez większość filmu czułem, że oba obrazy są do siebie niemal bliźniaczo podobne pod wieloma względami, mimo że zagrożenia, z którymi mierzą się nasi bohaterowie są odmienne od siebie (Alien - zabójca doskonały, szybki, zwinny, posiadający super refleks i doskonały czas reakcji, Coś - możliwość wcielenia się w dowolną istotę, jak również nauki i adaptacji). Trudno mi powiedzieć, który z nich lepiej sobie z tym radzi, bo pierwsza część "Obcego" to jeden z moich ulubionych klasyków, zaś "The Thing" po prostu mnie oczarowało. Przez cały seans czułem od niego podobną aurę, co od obu części "Terminatora", czy filmu o Xenomorphie - obrazu perfekcyjnie przemyślanego i zrealizowanego na każdej płaszczyźnie. Obrazu, który jest tak samo świeży i dobry tak w momencie premiery, jak i teraz gdy minęło kilkadziesiąt lat od daty jego debiutu.
Jeśli chodzi o aktorów, to nie mam za dużo do napisania. Pewnie się teraz narażę wszystkim fanom "The Thing", ale żaden z aktorów nie zrobił na mnie równie dużego wrażenia, co Sigourney Weaver lub Ian Holmes. Choć nie jestem zachwycony, to zdecydowanie dalej mi do jakichkolwiek narzekań. Film Johna Carpentera jest po prostu dobry pod tym względem. Raczej nie zapamiętam głównego bohatera ani jego towarzyszy, ale w tym przypadku nie traktuję tego jako wadę.
Zakończę ten segment zachwytami nad creme de la creme tej produkcji. Mówię tu oczywiście o efektach specjalnych, które nie zestarzały się ani trochę oraz zajebistych pomysłach twórców i ich pieczołowitości! Do dzisiaj prezentują się wybitnie, a gdy czytam lub słucham o tym, jak zrealizowano niektóre sceny, to nie mogę powstrzymać zachwytu. Niemal wszystko porusza się naturalnie, czułem naprzemiennie grozę, zachwyt, obrzydzenie i parę innych uczuć, ale nie potrafiłem oderwać wzroku - to wszystko wyglądało tak dobrze! Scena z psami, utratą dłoni, do zrealizowania której wynajęto prawdziwego kalekę z podobną przypadłością (na ujęcie, które trwa sekundę, maksymalnie dwie), ruchomą głową wyglądającą, jak jeden z przeciwników z gry "Doom 3", niemal wszystkie sceny, na których widzimy tytułowe Coś... Wszystko to wygląda przepięknie. W filmie jest tylko jeden krótki fragment, może kilka krótkich momentów, gdy kukła symulująca żywego aktora, jest zbyt widoczna. Były to jednak takie drobnostki, że nie widzę powodu, dla którego miałbym się ich czepiać. Detal, który w najmniejszy sposób nie umniejsza geniuszu. Nigdy nie widziałem tego remake'u, prequela, czy co to tam jest. Dawno temu chciałem od niego zacząć, ale koledzy i kumple mi wręcz zabronili. Wtedy nie rozumiałem ich wszystkich narzekań, ale dzisiaj po seansie już wiem, dlaczego uważają tę produkcję za wyjątkową tandetę. Na pewno jeszcze kilkukrotnie wrócę do tego filmu i będę odkrywał go na nowo.
Jeśli chodzi o "Hellraisera", to podobał mi się w umiarkowany sposób, miał kilka naprawdę dobrych pomysłów, ale jako całokształt był imo zmarnowanym potencjałem. Wiem, w tej chwili naraziłem się fanom klasycznego horroru, no ale trudno, nie jestem koneserem gatunku i choć od kilkunastu lat znam Clive'a Barkera, to żaden twórca filmowych horrorów mnie do siebie nie przekonał. Z jednym wyjątkiem - Johna Carpentera. Wybaczcie, widziałem ten film po "The Thing" i recenzuję go po obejrzeniu "Halloween", więc to tak jakbym oceniał mecz między dwiema dobrymi reprezentacjami narodowymi w piłkę nożną po tym, jak w telewizji leciały rewelacyjne półfinały w np. Lidze Mistrzów między topowymi drużynami. Każdy z tych 3 meczy prezentował wysoki poziom, ale te dwa ostatnie były po prostu lepsze. Pod względem scenariusza i przede wszystkim lepszych kreacji postaci. Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, że dostały one więcej czasu i sposobności na rozwój, przez co bardziej je polubiłem.
Podobała mi się częściowo fabuła, a konkretnie jej dwie części - wątek tej kobiety, która zapragnęła mieć młodszego kochanka w stylu bad-boya. Nie fajne było to, że ich płomienny romans nie miał sposobności do lepszego rozgrzania się, ale ta anty-bohaterka zasłużyła sobie na taki los. Zabiła trójkę sympatycznych gości, no a przynajmniej dwóch, bo jej pierwsza ofiara chyba nie była zbyt czysta. Przynajmniej tak to dla mnie wyglądało po tej scenie, gdzie stali na parterze tego domu. Druga część to elementy fantastyczne, a konkretniej wszystkie rzeczy, którymi zainspirował się Kentaro Miura, autor mangi "Berserk". Mam tu na myśli Behelit, który został tutaj zamieniony na kostkę, demoniczny wymiar (tak jak podczas Zaćmienia w komiksie z Gutsem i Griffithem), demony, ostro popieprzony klimat, Hand of God (tu znani jako Cenobites), ich wygląd i strój, sposób poruszania się. Być może gwałt na Casce został zainspirowany początkową fabułą na zasadzie "co by było gdyby Hellraiser próbował zrealizować fantazje Julii w nieco innej formie niż ona to sobie wyobraziła". W końcu Griffith wówczas też nie był już człowiekiem.
Być może obejrzę drugą część, ale to raczej w późniejszym terminie. Póki co wolę obejrzeć "Piątek 13" i inne klasyczne filmy, które mam na liście, niekoniecznie horrory.