Podczas tegorocznych świąt odwiedziłem kilku ludzi, grałem dużo w "Quake'a", "Command and Conquer 2020" i zabrakło mi czasu na oglądanie filmów. Spało się dłużej, bo zarywałem nocki dla genialnej gry ID Software, a za dnia musiałem wychodzić z psem, spotykać się z innymi, generalnie nie miałem zbyt wiele możliwości na spokojne położenie się i obejrzenie kilkudziesięciu filmów, tak jak sobie zaplanowałem. Ba, był problem, by wygospodarować czas na kilka z nich. Co innego anime, około 20-minutowe odcinki można łatwiej wcisnąć między inne obowiązki. Dziś skupię się na jednym z dwóch filmów, które widziałem podczas przerwy. Są to "Die Hard" i "Rain Man", oba z nich widziałem pierwszy raz. O ile o tym pierwszym trudno nie usłyszeć, zwłaszcza gdy interesuje się popkulturą, grami i filmami, o tyle nigdy nie miałem bezpośredniej styczności z "Rain Manem". Słyszałem o nim kilkukrotnie, ale nie pamiętam bym kiedykolwiek widział fragment lub chociażby słyszał lub widział rozmowę na jego temat. Wiem, w tym przypadku to moja niewiedza, bo film był bardzo popularny i do dzisiaj ma swoje grono fanów, mimo że minęło już ponad 30 lat od jego premiery. Od grudnia 2020 ja również zaliczam się do tego grona.
Nim napiszę dlaczego, to parę zdań o fabule. Na początku poznajemy głównego bohatera, czyli młodego Toma Cruise'a. Ten wygląda i zachowuje się jak typowy chad - traktuje wszystkich z uśmiechem, jest wyluzowanym, pewnym siebie kobieciarzem i jak to wielu atrakcyjnych ludzi, słabo radzi sobie z problemami, za to potrafi między nimi świetnie lawirować i ciągle utrzymywać na powierzchni. Z filmu wynika, że problemy które obserwujemy, nie są dla niego czymś nowym i dość często się z nimi boryka. Pewnego dnia dowiaduje się, że jego ojciec zmarł, więc Tom Cruise wyjeżdża do notariusza, bo ma nadzieję uzyskać część spadku na poczet spłaty długów. Na miejscu okazuje się, że ojciec nic mu nie dał, za to zapisał 3 miliony dolarów (na dzisiejsze około 9 milionów) na szpital dla autystyków i innych ludzi cierpiących na różne zaburzenia. Jeden z pacjentów jest szczególnym przypadkiem, bowiem jest to jego starszy brat. Cruise zwęszył okazję do zdobycia połowy spadku, więc porywa go. Porwanie przeistacza się w podróż, która odmieni i wzbogaci ich o nowe doświadczenia. Jest to kino drogi (Road movie), czyli akcja dzieje się podczas podróży od punktu A do B. Będąc szczerym, nie znam zbyt dobrze tego gatunku i trudno mi go szerzej zdefiniować, więc nie będę się wymądrzał. Kilkukrotnie jednak słyszałem ten termin w kontekście różnych produkcji i podświadomie zaklasyfikowałem ten film do tego gatunku po seansie. Jak się okazało po przeglądnięciu Wikipedii, miałem dobre przeczucie.
Mogę natomiast powiedzieć trochę więcej na temat autyzmu i tego, jak film go przedstawia. Nie jestem co prawda ekspertem w tej sprawie, ale moje życie tak się ułożyło, że mam pewne doświadczenie, o którym może kiedyś dłużej się wypowiem. Dzisiaj co prawda może to wyglądać trochę dziwnie (a przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie, zwłaszcza po kilku odcinkach "Atypical", serialu z Netflixa, który lepiej pokazał czym cechuje się autyzm), ale biorąc poprawkę na wiek "Rain Mana", to zestarzał się naprawdę dobrze. Nic dziwnego, w końcu portretuje go bardzo dobry aktor. Dustin Hoffman świetnie przedstawił to zaburzenie. Odrazu widać że Raymond żyje w swoim własnym świecie, czy raczej jego postrzeganie świata, jest odmienne od perspektywy większości ludzi. Socjalizacja, edukacja, generalnie rozwój takiej osoby przebiega inaczej niż u zwykłego człowieka. Autystycy mają duże trudności z ekspresją emocji, jak również ich odczytywaniem oraz biorą wszystko zbyt dosłownie. Zazwyczaj są wycofanymi osobami, ze stłumionymi reakcjami na bodźce ze świata zewnętrznego (coś jak Geralt, czy Major z "Ghost in the Shell", tj. ich emocje są stłumione, a proces podejmowania decyzji uproszczony), ale gdy tylko zaburzy się ich strefę komfortu lub wykona się zbyt zdecydowane ruchy w stosunku do nich, to popadają w histerię. Np. reagują nerwowo, miewają spojrzenie jak podczas narkotycznego pobudzenia lub zamaszyście gestykulują, przez co można ich pomylić z klinicznym wariatem lub osobą stanowiącą zagrożenie. Nie wiem, jak jest obecnie, ale dawniej zdarzało się, że mylono autyzm z chorobą psychiczną. Nic bardziej mylnego, po prostu są szczególnie wyczuleni, a kiedy ich plan dnia jest zaburzony, to mogą być zakłopotani lub nerwowo reagować. Np. mają swój porządek, czy hierarchię oraz wykonują konkretne czynności każdego dnia o konkretnej godzinie. No i jak to autystycy, zdarza się, że są absolutnie genialni w jednej lub kilku sprawach, przez co można odnieść mylne wrażenie, że są geniuszami. Wystarczy jednak wyjść tylko odrobinę poza ten niewielki zakres, w którym doskonale się odnajdują, by czar prysł, a geniusz zaczął być postrzegany jak zwykły (cytując Toma Cruise'a) debil.
Porywczy Tom Cruise doskonale wpasował się w swoją rolę i gdybym nie znał jego charakteru z wielu wywiadów, plotek z Hollywoodu, faktów z jego życia, to mógłbym podsumować jego rolę jednym zdaniem - to pierdolony geniusz aktorstwa, jak Kevin Spacey. Nie nazwę go tak, bo grał po prostu samego siebie - przebojowego, energicznego, egoistycznego i nieco aroganckiego dupka. Takiego przysłowiowego bad-boya, będącego marzeniem nie jednej młodej kobiety. Aczkolwiek żeby nie było, że tylko go krytykuję, to od początku filmu można dostrzec w nim dobro oraz to, że stara się zrozumieć Raymonda. Co prawda średnio mu to wychodzi, ale byłbym nieuczciwy w stosunku do niego, gdybym o tym nie wspomniał. Świetnie wypada w kontraście do Dustina Hoffmana, który jest w tym filmie spokojnym, miłym i kulturalnym panem. Co prawda bywają momenty, w których Raymond przejawia podobne cechy do swojego brata, ale przez większość czasu jest spokojny. Obaj zagrali w sposób przekonywujący, szczególnie Dustin Hoffman, który doskonale wcielił się w rolę autystyka. Jest nieprzewidywalny, przez co może budzić u niektórych niepokój. Kiedyś napisałem w kontekście Travisa Fimmela (Ragnara Lothbroka z "Vikings") oraz Marcina Dorocińskiego ("Gambit Królowej"), że potrafią pokazać błyskawiczną zmianę nastroju, tj. że w ciągu sekundy mogą zmienić swoją postawę ze spokojnego człowieka do osoby, która nie cofnie się przed niczym w osiągnięciu swojego celu. Podobnie jest w przypadku postaci odgrywanej przez Hoffmana, ale z racji różnic między nimi, wygląda to nieco inaczej. Niemniej fakt, że często nie da się przewidzieć jego reakcji + to, że można się spodziewać absolutnie wszystkiego, sprawia że Raymond czasem bywa przerażający. Obaj bohaterowie z czasem się docierają - Raymond uczy się wielu nowych rzeczy, poznaje prawdziwy świat bez ochronnego klosza, który chroni go przed każdym niebezpieczeństwem, zaś Cruise nabiera pokory, staje się bardziej empatyczny oraz cierpliwy. Im dłużej są ze sobą, tym lepiej wpływają na siebie mimo początkowych trudności.
Jeśli chodzi o muzykę, to Hans Zimmer odwalił dobrą robotę. Od wielu lat częściej go krytykuję niż chwalę, bo kompozytor ewidentnie odcina kupony i zazwyczaj robi zwyczajne, nie zapadające w pamięci soundtracki. Prezentuje tym samym poziom przeciętnego twórcy, który może bardziej bym doceniał, gdyby faktycznie nim był, a nie kompozytorem z wieloletnim dorobkiem. 30 lat temu był jednak na innym etapie swojej kariery i dopiero budował swoją renomę. Soundtrack jako całokształt nie jest może wybitny, ale prezentuje solidny, wyższy poziom od większości piosenek, które nagrał w ostatniej dekadzie (a przynajmniej w przypadku tych filmów, które widziałem). Wyjątkiem jest główny motyw muzyczny, który jest jednym z najlepszych theme'ów, jakie słyszałem w ostatnich latach. Dość spokojny taki nieco chilloutowy, pasujący do tematyki, jaką porusza "Rain Man". Bardzo klimatyczna piosenka, która działa na mnie uspokajająco.
Reasumując, pomijając moje minimalne zarzuty wobec autyzmu (co jest w sumie nieistotne, bo film i tak świetnie przeszedł próbę czasu), "Rain Man" jest filmem wybitnym, który podobnie jak "Terminator", "Rambo", "The Thing" i kilka innych klasyków, nie zestarzał się ani trochę. Dzisiaj po 30 latach, ogląda się go tak samo dobrze, jak w dniu premiery. Gdyby zignorować ubiór postaci, samochody i parę innych rzeczy, po których można poznać, że to obraz z innej epoki, to nie powiedziałbym, że jest niewiele starszy niż ja. Świetna reżyseria, scenariusz i dający do myślenia morał. Podobnie jak w przypadku filmów wymienionych w tym akapicie, na pewno będę do niego wracał co jakiś czas. Oceniam go na 9/10.
Dziękuję za merytoryczną pomoc mojej koleżance Ani oraz Karolowi.