Dzisiejsze "współczesne" szkoły, czego uczą? Co nasze dzieci z nich wynoszą? Moim zdaniem, poza chamstwem i nawet nie podstawową wiedzą to nic. Patrząc na przykładzie moich dzieci już od wielu lat dzieje się coś złego z naszym szkolnictwem. Nastolatki do nauczycieli mówią na "Ty", za grosz nie mają szacunku do woźnych czy innego personelu szkoły. Co się dzieje? Kto na to pozwala? Może i jestem starej daty, ale czy nie powinno być w szkole tak, że uczeń powinien się w niej uczyć?
Wychowałem dwójkę dorosłych już dzieci, jedną córkę i syna, trzeci syn jeszcze się uczy. Od wielu lat obserwuje zmiany w zachowaniach i postępach nauki młodzieży, jest coraz gorzej. Za przeproszeniem ze szkół wychodzi coraz więcej głąbów, jest niewielu uczniów którzy chcą mieć wiedzę i być kimś.
Kiedy mój najstarszy syn był w podstawówce miałem okazję uczestniczyć wiele razy w zajęciach szkolnych, wycieczkach i innych uroczystościach. Gdybym był wtedy nauczycielem, nie wytrzymałbym nerwowo z takimi dziećmi. Kiedyś pojechałem z klasą mojego syna jako dodatkowy opiekun na wycieczkę po Łęczycy. W autobusie jakoś to było do zniesienia, ale kiedy weszliśmy do kościoła i potem do muzeum, to było jak nagły atak szarańczy. Wszędzie pełno tych małych hałaśliwych szerszeni, wszystko musieli dotknąć, wszędzie biegać i ten hałas. Ludzie będący wokół patrzyli się na nas z oburzeniem. Wychowawczyni nie mogła w ogóle nad tym zapanować. Pomyślałem wtedy że jest niekompetentna i że nie nadaje się na nauczycielkę.
Minęło kilka tygodni, poproszono mnie abym wybrał się z dwoma nauczycielami i dwoma klasami podstawówki na pieszą wycieczkę do lasu. Zgodziłem się. Była to możliwość spędzenia dodatkowego czasu z synem. Ku mojemu zdziwieniu była to jeszcze gorsza wycieczka od poprzedniej. Pomyślałem wtedy "kurcze co jest grane? Żaden nauczyciel nie ma kwalifikacji w tej szkole?"
Postanowiłem porozmawiać z wychowawczynią syna, to co mi powiedziała było obroną na nieingerowanie nauczycieli w zachowanie uczniów. Otóż winą można tylko i wyłącznie obarczyć rodziców i prawo. Okazuje się, że nasze pociechy opowiadają niespotykane historie rodzicom o nauczycielach, ci piszą donosy do kuratorium i nauczyciel traci pracę. Dlatego wolą milczeć, nie zwracać uwagi uczniom, po co się narażać, wolą mieć pracę niż wilczy bilet.
Poziom nauczania to inna bajka, to odgórny nakaz. Z roku na rok ten poziom jest coraz niższy. Mój młodszy syn jest teraz w liceum informatycznym o rozszerzonym poziomie nauczania. Sorry bardzo ale jako pracodawca nigdy bym nie zatrudnił swojego syna jako informatyka. Poza grami na komputerze i kodami do gier ten młody człowiek nie umie. Przeprowadziłem kiedyś z nim rozmowę tłumacząc, że ma wspaniałą szkołę, że chętnie bym się z nim zamienił, że będzie miał fajny zawód, wystarczy żeby się uczył chociaż godzinę dziennie. Ale jak do ściany.
Postanowiłem sprawdzić czego się uczy, hmm - posiada tylko jeden zeszyt do wszystkich przedmiotów, twierdzi że nic nie ma zadane, w zeszycie czerwonym długopisem kilka w miarę dobre oceny wystawione przez różnych nauczycieli, nauczycielka od polskiego w ogóle nie zwraca uwagi na błędy ortograficzne, stawia ocenę dobrą za coś co jest pięcio zdaniowym wypracowaniem ściągniętym żywcem z internetu. K.... co tu się wyprawia?
Złożyłem wizytę w szkole syna, okazuje się że to jakiś nowoczesny system nauczania i wytyczne z kuratorium, a być może niedługo dzieciaki nie będą nosili książek, "zeszytu" i żadnych innych akcesoriów szkolnych. Czuli co? Nie będą uczyli się w ogóle i piszę to z pełną pewnością, dlaczego? To proste ktoś sfilmował mojego syna jak śpi na lekcjach i wrzucił do internetu. Ehhh....
Zadałem mu kiedyś kilka prostych pytań z informatyki, zgroza, przedszkolaki wiedzą więcej.
Pogadałem z kilkoma przyjaciółmi czy u nich w szkołach jest to samo. Oczywiście że tak, a nawet i gorzej. Doszliśmy do jednego wniosku, szkoły wprowadzają ciemnotę, czemu? Bo ciemnotą się łatwiej rządzi.