Piękny słoneczny dzień, zaplanowaliśmy z żoną i dziećmi wyjazd do znajomych, którzy zaprosili też innych znajomych z dziećmi. Kiedy dojechaliśmy na podwórku już bawiły się dzieci, atrakcją była oczywiście trampolina. Kiedyś moja żona chciała kupić taką do ogrodu, mnie ten pomysł się nie podobał. Nieraz widziałem wypadki zakończone złamaniami. Mówiłem żonie że trampolina u nas to pewny wypadek i złamanie. Miałem racje.
źródło: google.pl
Jedziemy do szpitala!
Zjedliśmy obiad i zaczęło się trampolinowe szaleństwo. Przyglądałem się temu z lekką obawą. Dzieci wpadały na siebie, ale na szczęście nikt nie krzyczał. Trampolina zaraziła też moją żonę. Wszyscy bawili się i śmiały. Moje dzieciaczki były całe czerwone ze zmęczenia. Padło hasło "trzeba odpocząć!". Wszyscy poszliśmy na poczęstunek, dorośli tak zajęli się rozmową że nawet nikt nie zauważył że dzieci potajemnie weszły na trampolinę i znów zaczął się szał.
Kiedy tak wszyscy sobie gadaliśmy nagle rozległ się paniczny, głośny krzyk. To było straszne, nigdy nie słyszałem takiego krzyku mojej córki. Leżała na trampolinie i nie mogła się ruszyć. Serce mi zamarło. Żona natychmiast podbiegła, córka wyła z bólu. Kiedy opadała w dół przewróciła się i dużo cięższy brat spadł na nią lądując na jej przedramieniu.. Nie można było jej uspokoić. Jedziemy do szpitala!. Córka nie chciała zejść z rąk mojej żony, więc kierowanie przypadło mnie. Dawno nie jeździłem, prawie trzy lata. Ostatni raz siedziałem za kierownicą przed udarem.
Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy na pogotowie. Jazda w moim stanie nie była bezpieczna. Miałem cały czas problem z jazdą w linii prostej, ściągało mnie na lewą stronę. Ale jakoś dotarliśmy.
Wyścig po szpitalach
Na pogotowiu od razu prosto z mostu "musicie jechać do Korczaka bo nie mamy ani chirurga ani ortopedy" . Znów w samochód i jazda do następnego szpitala. Było około 15. Przed nami tylko jedno dziecko więc powinno pójść szybko. Niestety w szpitalu pojęcie "szybko" to pojęcie względne. Prawie godzinę czekaliśmy na "musimy zrobić rentgen", tam to była katorga, próba ułożenia ręki do rentgena można było porównać do próby urwania ręki. Wielki ból i krzyki. Następne pół godziny oczekiwania na "musicie jechać do szpitala klinicznego bo nie mamy ortopedy". Jasna cholera ile jeszcze trzeba aby pomóc cierpiącemu dziecku.
W trzecim szpitalu kolejka jak h... .Zarejestrowaliśmy się w rejestracji i usiedliśmy czekając na swoją kolej. po półtorej godzinie wreszcie weszliśmy do gabinetu. I po co ? Ano po skierowanie na drugi rentgen, kuźwa to ten poprzedni po co był? Podobno nic na nim nie widać dlatego dla porównania teraz zrobią zdjęcia obu rąk. Znów wygibasy i ból. To co musiało przeżyć dziecko dla kilku zdjęć jest naprawdę nieporównywalne z niczym. Ale jakoś się udało się. Moja głowa była już pełna tych wrażeń. Byłem już strasznie zmęczony.
Po pół godzinie znów weszliśmy do gabinetu. Tym razem pan doktor zaczął badać córkę. Odwracanie ręki i naciskanie było chyba gorsze od rentgenu. Córce z bólu latała dolna szczęka, miałem ochotę złapać tego doktorka w swoje łapy i zastosować kilka technik ninjitsu na punkty witalne aby sam poczuł jak to jest.
"No ja tu nic nie widzę, złamania nie ma, nie mogę też zlokalizować miejsca bólu, założę jej hustę podtrzymującą i poczekajcie na korytarzu bo muszę skonsultować się z kolegą który właśnie operuje".
K....wa to po co jesteś lekarzem skoro potrzebujesz konsultacji. Godzina 22.45 na korytarzu podchodzi do nas ten sam lekarz i znów zaczyna ściskać dziecku całą rękę. Córka wyje z bólu, ludzie patrzą się na nas a my na lekarza. Jeszcze chwila i chyba bym nie wytrzymał i rypnął bym go zdrową ręką.
"Po konsultacji z kolegą nic tu innego nie wymyślę tym bardziej że córka nie chce pokazać gdzie ją boli, zostajemy tylko przy tej chuście i proszę za kilka dni zgłosić się do przychodni ortopedycznej, no chyba że będzie się coś dziać no to wtedy tutaj na ostry dyżur".
Wróciliśmy do domu. Tyle godzin po to aby usłyszeć że dziecku trzeba dawać przeciwbólowe i starać się unieruchomić rękę. Noż k....wa mać to po to płacimy ZUS i podatki aby jeździć po szpitalach i narażać dziecko na ból i dowiedzieć się że wystarczy chusta? Coś tu jest nie tak, wiele musi się zmienić w kraju aby było lepiej. Ogólnie przeglądając się wszystkiemu naszła mnie taka myśl życie ludzkie nie jest nic warte, a my pacjenci jesteśmy tylko bydłem w rękach konowałów.