Swoją kwarantanne zaczęłam wraz córkami we wtorek 09.03.20r. Wyprzedziłyśmy więc nieco ten trend.
Na tamten dzień nie wiedziałam jeszcze, że wprowadzony zostanie stan zagrożenia epidemicznego jak i nie wiedziałam, że już za chwilkę zamkną przedszkola i szkoły.
W poniedziałek odbierałam kaszlące dziewczyny z przedszkola, we wtorek rano byłyśmy u lekarza. Już wtedy dało słyszeć się o koronawirusie, ale nic nie wskazywało na to, że coś się dzieje.
Gdy trafiłyśmy do przychodni był tam jedynie jeden pan, który miał na sobie maseczkę, co zarówno mnie jak i Łucję trochę przestraszyło, natomiast Lilkę jedynie rozbawiło.
Na grzejniku przy wejściu stał dystrybutor z płynem dezynfekującym, a wredne spojrzenie starszej pani w recepcji jakoś podświadomie pchnęło mnie w jego kierunku, by tylko tej pani nie podpaść by potem nie było nieprzyjemnej atmosfery, tym bardziej, że już za chwilę pan z maseczką wchodził do gabinetu, a ja ze starowinką została bym sam na sam.
Z gabinetu wyszła kobitka z córką w wieku około dziesięciu lat. Ku mojemu zaskoczeniu kupiły w recepcji trzy maseczki po 2 zł... nie wiedziałam, że w przychodniach można nabyć maseczki...
Bardzo ciężko przechodziłam moją chorobę, na szczęście dziewczyny dużo lepiej (mówimy tu o przeziębieniu oczywiście). Siedziałyśmy w domu przez tydzień, więc poza informacjami z internetu nie miałam zielonego pojęcia jak tak naprawdę wygląda świat w czasie pandemii.
Informacje z internetu, jakieś filmiki na YT, wiadomości na messengerze, nawet posty na steem - wszystko to sprawiło, że zaczęłam sytuację odbierać bardzo poważnie.
Dziś przyszedł ten dzień, gdy obudziłam się i okazało się, że kończy się w domu mleko i chleb... i byłam jedyną osobą, która może jechać na zakupy.
Nie byłam pewna co do przebiegu tej misji. Nie jestem wariatką... ale ostatni tydzień głównie spędziłam w łóżku i w jaką stronę internetu się nie udałam widziałam tylko puste półki, panikę, kolejne zachorowania i te żarty, że dziś lepiej głośno pierdnąć niż cicho kichnąć...
Dzisiejszego wyjścia nie traktowałam więc jak zakupów tylko jak bardzo poważną misję.
Zdobyć chleb, zdobyć mleko, nie wdać się w szarpaninę o srajtaśmę i nie dać się napaść z prowiantem...A! i przede wszystkim powstrzymać kaszel, który przytrafia mi się ze względu nie na koronawirusa, a ze względu na podrażnioną po chorobie błonę śluzową gardła.
Maseczek w domu nie mam, chyba nie są też na wyposażeniu apteczek samochodowych, u nas w aptekach są pustki, a w przychodni nie kupiłam, bo ta pani w rejestracji była bardzo nieprzyjemna i nie chciałam mieć z nią do czynienia. Rękawiczki jednorazowe, gumowe mam, ale jakoś o nich nie pomyślałam... No i tak w drodze na te zakupy zaczęłam się zastanawiać: a co jak wszyscy będą mieli maseczki, a ja nie? A co jak wszyscy będą mieli rękawiczki, a ja nie? A co jak ktoś usłyszy jak kaszlę? Czy będzie jakiś chleb, czy będzie papier toaletowy?
Już podjeżdżając pod sklep - Polomarket, zauważyłam, że na parkingu jest tylko z osiem aut... Troszkę mnie to uspokoiło, bo pomyślałam, że są większe szanse na zdobycie jedzenia jak i mniejsze na to, że zakaszlę gdy będę mijała kogoś w alejce...
Weszłam do sklepu i troszkę mnie zamurowało.
Były owoce, warzywa, konserwy, kawy... Cukier, mąką, słodycze... Myślę "dobre złego początki", zobaczymy co dalej.
Był chleb. Było mnóstwo pieczywa. Bułeczki, bagietki, kilka rodzajów chleba...
Mleko też było, a idąc do kasy postanowiłam, że tak po prostu z ciekawości przejdę się alejką z papierem toaletowym.
Do wyboru do koloru!
Nikt w sklepie nie miał maseczki ani rękawiczek gumowych. Ucieszyłam się, bo w innym wypadku chyba bym spanikowała i uciekła :D
Kilka razy zakaszlałam, za każdym razem starając się gdzieś ukryć. Natomiast ludzie przechodzili wtedy obok mnie obojętnie, wręcz zbyt blisko, co bardzo mnie denerwuje w sklepach zawsze.
Przy kasie wisiała informacja, żeby zachować odpowiedni odstęp od innych klientów (minimum 1 metr), oczywiście nikt tego nie przestrzegał. Wisiała też informacja o tym by nie przekraczać żółto-czarnej(?) taśmy, ale żadnej taśmy tam nie widziałam...
I w sumie zadowolona jestem z zakupów, bo i mleko i chleb zdobyłam, a obawy miałam, że będzie inaczej. Nie wywalili mnie za kaszlenie ze sklepu i nie tylko ja nie miałam maseczki...
Jednak strasznie zastanawia mnie to dlaczego ja nie doświadczam tego, co tysiące ludzi w internecie?
I totalnie nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć...
Nie wiem do którego obozu mam się udać... Do tych panikujących, czy do tych olewających?
Chyba po prostu zachowam spokój, podobno tylko on może nas uratować ;)