Dzisiaj, kiedy przemierzałem z aparatem okolice mojego domu, naszło mnie sporo przemyśleń co do tego, gdzie zmierza moje fotograficzne hobby — i nie tylko o tym. Naprawdę sporo tych przemyśleń się pojawiło.
Przede wszystkim zastanawiałem się, czy to, co robię, jest tym, czym faktycznie chcę, aby było. Mowa tu szczególnie o fotografii krajobrazowej, którą — jak teraz już wiem — bardzo zaniedbałem i nie poświęcam jej należytej uwagi. Jednym z czynników, który w ostatnim czasie przynosił mi niezadowolenie z tego, co robię, jest brak odpowiedniej selekcji i skupienia się na wyborze najlepszych zdjęć. Poświęcenia im uwagi przy postprodukcji. Mówiąc prościej — idę w ilość, a nie jakość.
Fakt ten szczególnie mi doskwiera, kiedy, siedząc w programach do obróbki zdjęć, brakuje mi pomysłu na ich „wykończenie”. Myślałem, dlaczego tak się dzieje, i właściwie chyba już wiem. Przed napisaniem tego wpisu przez prawie dwie godziny edytowałem zdjęcia z dzisiejszego pleneru. I wyglądało to zupełnie inaczej niż w ostatnich miesiącach. Najpierw zająłem się selekcją. Prawie 70% zdjęć wylądowało w koszu bez zastanowienia, a kolejne 10% odpadło przy edycji. Poskutkowało to tym, że zdjęciom, które pozostały, poświęciłem maksymalną ilość czasu — aż każde z nich wyglądało tak, jak powinno. Do momentu, w którym poczułem: tak, to jest to! I nie chciałem robić już nic więcej.
Kolejnym problemem jest prawdopodobnie fakt, że przestałem myśleć w trakcie fotografowania. Wiele ostatnich plenerów wyglądało bardziej jak gonitwa i wyścig o to, aby wszystko sfotografować. Jakby świat, jaki znam, miał się za chwilę skończyć, a jedyną szansą na jego zachowanie było zapisanie go na cyfrowej „kliszy”. Dotarło to do mnie w połowie dzisiejszego pleneru. Albo może inaczej — przypomniałem sobie dawne zasady, którymi się kierowałem, a najważniejsza brzmi: lepsze jedno idealne zdjęcie niż 1500 przeciętnych.
Duży wpływ na to ma zapewne fotografowanie w podróży. Kiedy zwiedzam różne miejsca z żoną, nie mam czasu na dokładne planowanie kadrów. Tam potrzebne jest szybkie myślenie i w tym przypadku „strzelanie” dziesiątek zdjęć ma sens — i tego zmieniać nie chcę. Tutaj po prostu konieczne jest odmienne podejście do każdego z tych tematów. U mnie jednak ta granica się zatarła.
Dzisiaj odzyskałem ten luz i w pewnym momencie porzuciłem pogoń za każdym możliwym kadrem. Po prostu zatrzymałem się na chwilę i skupiłem najpierw na tym, co widzą moje oczy. Co mnie otacza? Jak to się ze sobą łączy? Jak pokazać to w odpowiedni sposób? Może szerzej albo z niskiej perspektywy? I to zaczęło działać. Przez pierwsze 2–3 lata fotografowania krajobrazów te pytania brzmiały w mojej głowie przy każdym plenerze. Później jednak zaczęły milknąć. Czas je przywrócić.
Tych przemyśleń było znacznie więcej, ale na dzisiaj wystarczy. Piszę te refleksje, bo chcę je zachować dla siebie — jako przypomnienie, do którego chcę wracać w chwilach zwątpienia czy zapomnienia. Mam też nadzieję, że komuś innemu również się przydadzą. Pamiętajcie, że wiele odpowiedzi — i nie mówię tu jedynie o robieniu zdjęć — tkwi w naszych głowach. Trzeba tylko o tę wiedzę poprosić, zapytać samego siebie i zagłębić się we własne doświadczenia. To prawdziwy skarb.
PS. na koniec mały spojler wyjęty prosto z post-produkcji równolegle w Lightroomie i Photoshopie. Brakowało mi zabawy z maskami świetlnymi. Ktoś wie co to?