Po chwili zaczyna się odprawa. Poprzednik dziękuje Bogu, że dyżur się skończył i niebawme uda się do domu na spoczynek. Przejmujesz telefon dyżurny, pager, drugi telefon. W każdej kieszeni fartucha znajduje się jakiś przedmiot. Stetoskop, latarka, ww. telefony, komórka, klucze. Obładowany jak wół juczny. Raport trwa. Ten pacjent do domu, ten na stół operacyjny. Tamta pacjentka na kolonoskopię. Tego chorego trzeba przesłać do ośrodka referencyjnego. Siedzisz jak na szpilkach bo zaraz zacznie się piekło. Pacjenci zaczną szturmować swoich lekarzy rodzinnych bo nagle okazuje się, że bóle brzucha znacznie się nasiliły a u innego pojawiła się krew w stolcu. 30 telefonów do godziny 15.00 Dzwonią tubylcy, dzwonią wszyscy których los rzucił tu. Część mówi tak, że nie idzie zrozumieć co chcą człowiekowi przekazać. Najgorsza mieszanka to chyba lekarze z bliskiego wschodu, mówiący po szwedzko-arabsku, którzy postanowili dorobić w Norwegii. Komunikacja nieefektywna ale to państwo stać na to. Wysyłają zdrowych ludzi do szpitala przerzucając odpowiedzialność dalej, zupełnie jak w Polsce. Między tymi 30 odebranymi telefonami trzeba zrobić obchód z pielęgniarką, każdemu choremu poświęcić trochę czasu, bo tu obchody wygladają zupełnie inaczej niż w Polsce. Trzeba sprawdzić leki, zmienić opatrunki, przygotować wypisy. A tu cały czas dzwonią jak nie na jeden to na drugi telefon.
O godzinie 15.00 radiolodzy czmychają do domu i człowiek zostaje z tymi pacjentami sam. Przyjeżdża młoda dziewczyna z bólami brzucha. Nie ma kto zrobić usg. Naświetlamy ją tomografem. Jedna tomografia brzucha to dawka 200 zwykłych zjdęć rentgenowskich, podajemy kontrast obciążający jej nerki. Na szczęście nic groźnego, ma collitis, czeka ją dalsza diagnostyka. Telefon dzwoni, za 30 minut przywiozą robotnika z rozszarpaną ręką, która dostała się w tryby maszyny. Trauma alarm. Trafia ostatecznie na stół operacyjny a następnego dnia leci do Oslo do speców od chirurgii ręki. Nie ma kiedy usiąść i zjeść. Kanapki, które przygotowała ukochana żona zaczynają po mału być już nieświeże. Kolejna kawa, i kolejna. Jeszcze jedna. Głowa cały czas na najwyższych obrotach. Dzownią zewsząd, wszyscy. OIOM, pielęgniarki z oddziału, stażyści, koelga z interny który przypomniał sobie, że jego pacjent ma ranę na podudziu i w sumie dobrze by było jakby dyżurny chirurgii zajrzał. Wieczorny obchód. Pomału czuć zmęczenie. A to dopiero dwunasta godzina. Na kolację kanapki żony. Ależ one smakują mimo, że nie są już piewrszej świeżości. Kawa. Kolejne telefony. Niedrożność, krwawienie z przewodu pokarmowego. Złamanie nadgarstka. Bóle brzucha. Kolejne tomografie, zdjęcia. Kolejne rany do szycia. O północy ciało opada bezwładnie na kanapę w pokoju lekarskim. Godzina snu. Telefon. Krwawienie po wycięciu migdałków u laryngologa. Do cholery co ja jako chirurg ogólny mam z tym zrobić?! Laryngologa nie ma na miejscu, pacjent zostaje przekazany dalej, musi lecieć transportem lotniczym do szpitala który ma laryngologa na dyżurze. Godzina snu. Telefon, dzwonią z oddziału. Tak, podajcie tej kobiecie leki przeciwbólowe. Pół godziny mija i znów człowiek zasypia. Godzina 05.00 rano. Telefon z legevaktu (odpowiednik naszego "nocnika" - nocna i świąteczna pomoc lekarska). Wysyłają kolejnego pacjenta do oceny na izbie u nas. Nieustanna deprywacja snu. Godzina 07.00. Przygotowania do raportu. Po raporcie dalsza praca w poradni, gdzie przychodzą ludzie ze wszystkimi możliwymi problemami tego świata. Taki typowy dyżur tu na obczyźnie. I wszystko w obcym języku.
Ale i tak lubię tą robotę :)