Całe życie towarzyszył mi głos. Oceniał i mówił. Mój nigdy niekończący się monolog wewnętrzny. Starałem się nim zrozumieć i opisywać świat.
Ten dzień był dziwny. Długie, długie rozmowy, przypadkowe spotkania, przemyślenia. Ale przede wszystkim przeciwstawianie się swoim strachom. Na pierwszy ogień poszło coś, o czym hehe, nie powiem. Ale nie o tym! Opowiem za to o ostatnim swoim lęku, z którym się dzisiaj ładnie przywitałem. Bałem się zawsze, czy mam schizofrenię. Nigdy nie słyszałem w swojej głowie obcych głosów, nie widziałem nierealnych obrazów (praktycznie w ogóle nie jestem w stanie sobie nic wyobrazić jak zamknę oczy. Choć, to powiem, ostatnio czy chcę, czy nie, pojawiają się obrazy wspomnień i chwil). Po prostu widziałem świat.
Jednak zawsze próbowałem łączyć sprawy i myśli w jedne wątki, próbowałem splatać je, szukałem ich wspólnego sensu, w którym się łączą. Widziałem w nich znaki. Jeżeli już coś robiłem, to tylko dlatego, że myślałem, że taka ma być przyszłość, więc chciałem do niej dążyć. Przyszłość, która miała z nich wyjść. A ja, oczywiście, nie znam przyszłości. Dlatego często paraliżowało mnie, gdy nie wiedziałem co się stanie. Uderzało mnie to, gdy to, co myślałem, że się wydarzy, nie działo się. Nie rozumiałem, co się dzieje.
Typowy overthinking, który odbierał mi wolność mojego wyboru.
Z paraliżem walczyłem długo. Tak samo z nieprzełamywalną biernością. Byciem wiecznym obserwatorem. Rzucałem się do czegoś, mając słomiany zapał. Ot, myśl podpowiedziała, zrobiłem, ale co dalej? Potrafiłem coś osiągnąć, by potem po prostu przestać. Powtarzałem ten proces. Jeden raz. Drugi. I doszedłem z czasem do pewnego rozwiązania. A co, jeżeli czasami zrobię coś bez sensu? Bez powodu? Nie muszę przecież pracować w jakimś celu. Ot, będę pracował po nic, ot tak. Moje myśli biegły w ten sposób: jeżeli szukam powodów, by coś robić, to szukam powodów, by coś robić, a nie robię. Po setce takich rzeczy, które trwały lata, nie zrobiłem po prostu nic. Więc nagle tworzyłem, pisałem, uczyłem się, rozwijałem się, ale nie doszukiwałem się w tym sensu, nie potrzebowałem powodów dla tego. Nie sprawiało to jednak żadnej przyjemności. Nie znosiłem pracować. Nie znosiłem pisać, tworzyć, malować, rysować, robić czegokolwiek twórczego. Nie chciałem tego robić. Ja po prostu bardziej nie lubiłem nie robić nic. Czasami, chciałem zrobić coś na przekór, w szczególności, jak ktoś mi powiedział, że nie jestem w stanie tego zrobić lub urażał dumę. To była dobrze działająca mobilizacja. Pokazać jaki nie jestem! Pisać tych tekstów tutaj też nie chciałem. Dobrze, że tylko przez dwa dni. Przynajmniej nie wypaliłem się zawodowo, ale zawsze! XD
Leżąc na ziemi, wpatrując się w Hostię (jestem katolikiem), pozwoliłem zapaść ciszy. Zawsze czekałem na jakiś głos, na jakiś wewnętrzny kompas. Wysyłałem prośby, przede wszystkim w modlitwach, i chciałem bardzo usłyszeć odpowiedź. Często było tak, że je słyszałem. Zawsze moim głosem. Nieraz szedłem za tym głosem, kierowany nadzieją, że coś się stanie. Czasami się działo. Zazwyczaj nie. Czasami doprowadzało to do czegoś pięknego, czasem... nie. Głos mówił zawsze w taki sposób, który nie rozwiązywał nic. Gdy słyszałem odpowiedź zgodną z tym, co oczekuję, czułem do niego brak zaufania. W szczególności, gdy moje prośby nie były prawdziwe. Odrzucałem je, bo ta odpowiedź też nie mogła być prawdziwa. A gdy mówił coś innego niż to, na co mam nadzieję, nie chciałem się z tym zgodzić, nawet gdy czułem, że powinienem. Czasami też słyszałem brzydką prawdę, której nie chciałem zaakceptować, ale wiedziałem, że tak trzeba. Akceptowałem ją. Czułem zawsze wielki strach.
Ale czy ktoś do mnie w ogóle mówił?
Otóż nie. To ja potrzebowałem tego głosu. Miał potwierdzić, że moje myśli mają sens. Komentował świat, wypełniał pustkę zastępującą zwykłe ludzkie uczucia. Przez słowo «sens» rozumiem prawo do istnienia tych myśli i marzeń. Bo tak, nawet w takim stanie człowiek marzy. Otrzymywałem sam od siebie to, czego szukałem. Zamiast wsłuchać się w głos serca, rzucałem się z rozpaczą do bezsensownej pracy. Jeżeli zrobię to, to będzie to. Nie tak działa świat. Gdy się zgadzałem, ale odrzucałem, to co słyszę, byłem jak bez głowy, nie wierzyłem w to co robię, nie chciałem tego robić, więc robiłem to źle.
Monologo urywał się rzadko. Czasami, na krótką chwilę, gdy wędrowałem w upalnym słońcu, ot tak, przed siebie, i byłem zbyt zmęczony by myśleć, zacichał. Dlatego do dziś pamiętam te wędrówki. Słońce, dźwięki, zapachy suchych traw. Miałem wtedy czas, by skupić się na tu i teraz. Choć byłem w pełnej samotności i izolacji bardzo lubiłem to robić.
Były też inne chwile, gdy znikał. Gdy coś była mega interesujące, co porywało mnie, i zapominałem się. Film, serial, muzyka, rozmowa, drugi drogi człowiek, lub czasami też, co jest gorsze, zapadnięcie się w jakieś swoje popędy i fiksacje. Pusta rozrywka. Myślę też, że dlatego właśnie tak bardzo uwielbiam rozmawiać: słowa i myśli zlewają się w jedno. Chociaż, jeżeli mam być szczery, lubię też rozmawiać, bo lubię rozmawiać ^^
Teraz myślę, że bałem się samotności w mojej głowie. Tego, że nie wiem, co jest prawdą. Ja, jako ja, byłem tak naprawdę cały czas w środku sam. Nie musiałem czekać na czyjekolwiek potwierdzenie. Nie mówię tu tylko o swoim niszczycielskim nieszczęśliwym negatywizmie. Słowa, które były do mnie zwrócone, które były krytyką bliskich czy znajomych, a teraz myślę, często niesprawiedliwą, zapętlały się w mojej głowie. Nie pozwalałem im ucichnąć. Mobilizowały do działania, ale też nie pozwalały w pełni czuć, i poznać, co chcę.
Zastanawiam się teraz, gdy piszę ten tekst, dlaczego tak było. Może po prostu tak wiele rzeczy przez swoje nieskupienie robiłem źle, albo sparzyłem się na swoim osądzie tak bardzo, że postanowiłem bardziej zaufać osądowi innym, choćby nawet w niewłaściwy sposób. Chciałem, by decydowali za mnie. Ten głos miał być czymś, co decyduje. Dlatego był dla mnie taki ważny. Zwlekałem z decyzją, zamiast wybrać samemu i działać, czekałem na potwierdzenie, które nigdy nie miało nadejść, które dopiero by nadało słuszność i prawo temu, co robię.
Dzisiaj postarałem się ten proces przeciąć. Słowo postarałem się jest tu bardzo na miejscu. Bo czy to koniec pracy? Oczywiście, że nie. Po prostu nie pozwalam sobie go słuchać, gdy tego nie chcę. Myślę, że mogę to teraz robić, ponieważ otworzyłem się na emocje. Przez to, że odczuwam sobą siebie i świat, mogę poczuć, że czegoś nie chcę. Dzięki temu, że wiem, że czegoś nie chcę, mogę tego nie słuchać. Zacząłem przyjmować to co widzę, czuję, czasami to, co słyszę. Dostrzegam z tą ciszą w sobie w świecie, sobie i innych z jednej strony więcej, ale z drugiej mniej. Mogę się lepiej skupić na tym co jest w środku, co się tam dzieje, ale czuję, że wiele rzeczy tracę.
A emocje są różne. Czasami gorzkie, czasami słodkie. Głównie słodkie. Czasami ot, coś mi przypomni, poczuję ukłucie w sercu, przeżyję je, ale już bez tego nachalnego monologu nie zapętlam się bezsensownie w tych myślach, mogę je po prostu na spokojnie przeżyć i przyjąć je takie, jakie są.
Ale może to być też błąd.
Może powinienem wysłuchać? Może trzeba to wyśrodkować, nie walczyć z tym do końca, bo to też jakaś część mnie. Dowiedzieć się, co powoduje chęć pojawienia się tej myśli, schylić się nad tym, zająć się, uleczyć? Nie zamykać drzwi? I to samo trzeba nauczyć się robić może wobec drugiego człowieka? Nie zmienić część siebie, która teraz kieruje moim życiem. Byłoby tak łatwiej. Ale chyba lepiej będzie się siebie skleić.
Myśląc o tym świecie często brakowało mi słów. Ich osierocenie i samotność nie pozwalała mi wyrazić tego, co chciałem. Potrafiłem długi czas robić koła, zapętlać się, nie potrafiłem powiedzieć tego, co chcę. I przez to nie mogłem być wysłuchany, nawet gdy chciałem. Ot, te moje słowa z ich małymi odcieniami.
Prowadziłem w głowie nigdy niekończące się dialogi zamiast je przeprowadzić. Bałem się o niektóre rzeczy spytać. Bałem się, że zrani to mnie, że zrani drugą osobę. Nie chciałem tego robić. Tu widać, że jednak byłem bardziej emocjonalny, niż myślałem. Heh. Zależało mi już wtedy na ludziach. Wracając: dawno dawno temu, jako student, same te dialogi mi wystarczały. Jak miałem problem, to w mojej głowie starałem się, niby przygotowując się do rozmowy z drugą osobą, «przeprowadzić» tę rozmowę. Pozwalało to ujść moim emocjom, uspokoić mnie, więc nie czułem potrzeby wysłuchać. Sprawa przemyślana, nie muszę już przegadywać tego. Też inna sprawa, że nie miałem wtedy zbytnio z kim gadać. Mimo wszystko potem dziwiłem się, że moje prawdziwe rozmowy, gdy decydowałem się jednak porozmawiać, wyglądały całkowicie inaczej. Czasami miały coś tam wspólnego, ale zawsze były inne, nieprzewidywalne. Na szczęście, lubię sprawdzać, czy to jak widzę świat ma sens, dlatego, gdy przyłapałem się na tym raz i drugi, zrozumiałem, że to nie działa. Że muszę się spytać. Muszę wysłuchać. I tak przez wiele lat, z tą zmianą, działałem.
Dalej. Często w czasie rozmowy zamiast się skupiać na tym, co słyszę, słuchałem własnych myśli. Słuchałem, ale tylko po to, by powiedzieć co mam do powiedzenia. Długo mi to zajęło, by zacząć ludzi słuchać. Przełamać ten monolog wewnętrzny, który za mnie tłumaczył świat. Miałem z tym różnie, często bywało tak, że przyłapywałem się, że znów, jednak, znowu gadasz sam ze sobą, a nie rozmawiasz z kimś innym. A to jest człowiek, K.!
Czy to wszystko było dobre? No nie. Czy miało to też swoje dobre strony? Oczywiście, jakieś tak. Dzięki temu byłem w stanie dużo zrozumieć i przemyśleć. Książki, idee, wiedzę, uczucia innych osób. Wziąć do mojej głowy i je przeanalizować. Źle, że moja głowa nie pytała się zbytnio o zgodę, czy może to zrobić, czy nie, i zalewała mnie tymi myślami, ale no cóż. Monolog nie ucichał nawet przy bliskim kontakcie z człowiekiem. Potrafiłem rozmawiać z kimś i jednocześnie, nawet nie tyle, że mówiłem nie skupiając się na jego słowach, ale po prostu myślałem o czymś całkowicie innym. O wielkich problemach, dla których chciałem znajdować rozwiązania. Bo były ciekawsze. Bo były istotniejsze. A najistotniejszy zawsze jest człowiek (no chyba, że ktoś gada wielkie nudy, no też się szanujmy XD)
Ale dzisiaj zrozumiałem, że ta mapa, którą zawsze chciałem, by mną kierowała, ona nigdy ▋▋▋. Nie mam na to słowa, co z nią było. Nie potrafię tego określić. Jak mówiłem, często brakuje mi słów.
Ale co dla mnie znaczy wyciszenie tego głosu? Pozostałem w swojej głowie sam. Ten głos, monolog, często natarczywy, który mówił, co jest źle, co jest dobrze, zamilkł. Od tego mam uczucia. Rozum też jest potrzebny, muszę się go nauczyć używać, ale teraz dam więcej miejsca swoim emocjom.
To, że jestem sam w swojej głowie nie jest złe. Bo jest na to proste rozwiązanie: można wyjść na zewnątrz. Porozmawiać z kimś innym, usłyszeć zdanie kogoś innego. Mam wielką potrzebę rozmów.
Idę z otwartym sercem i umysłem. Współgrają. Nieidealnie, dalej czasami mam złe myśli. Miałem nadzieję, że mój monolog zniknie od razu na zawsze. Nie-e. Czasami wraca, gdy zapętla się mi w głowie chomik, stres, emocja, której nie chcę przeżyć. Przeżywam je. Słowa pojawiają się teraz też wtedy, gdy przynoszą mi jakiś sens. Po długim milczeniu. Miałem też nadzieję, że lękowe myśli przestaną się pojawiać, ale tak nie jest. One są. Ale są, dlatego, że są. W tej ciszy, bez monologu, pojawiają się czasami strachy. Jadąc autobusem nagły lęk przed tym, że autobus w coś się wbije. Że umrę, że to koniec, więcej nie mogę. Ale teraz ta emocja została przyjęta, a nie została klepnięta, czy co gorzej zignorowana. Oj, poczułem, to dalej. Fajnie byłoby się wyżalić komuś wyżalić, ale no cóż, jakoś to przeżyłem, muszę to rozgryźć. I tak na uboczu, trochę na śmieszno: Jest pewien minus. Zacząłem więcej mówić do siebie. Zawsze mi się najlepiej coś układało w głowie, gdy mówiłem do siebie. Jeszcze lepiej, gdy ktoś słuchał tego obok mnie.
W sumie najlepsze rozmowy w czasie ostatnich paru miesięcy właśnie wyglądały w ten sposób. Gdy druga strona mówiła bez końca, a ja czasami zadawałem krótkie pytanie, a odpowiedziałem emocją. Takich rozmów chcę.
(Bardzo stanowczo kiwam głową jak to piszę XD) (K. który poprawia ten tekst czwarty czy szósty raz też bardzo stanowczo kiwa głową)
Zrozumiałem też jeden z powodów dlaczego trudno się mi rozmawiało z ludźmi. Nie potrafiłem z nimi rozmawiać, bo mówiliśmy na dwóch różnych językach. Ja, "logiczny", próbujący zrozumieć, inni — czujący (nie jestem pewny tej myśli). O ile cel czy wynik często może być podobny, są to różne języki. Nie mogłem zrozumieć do końca co mówi druga osoba, a druga strona nie mogła zrozumieć mnie. Nie znała moich motywów. Miałem ten sam cel - pomóc, wesprzeć. Ale boję się, że ja ja z jej strony, z jej punktu widzenia, milczałem. Dlatego moje słowa tak bardzo trafiały na płodny grunt gdy ktoś szukał prawdy i sensu. A gdy nie znałem prawdy i sensu moje słowa były bez znaczenia. Teraz trzeba nauczyć się współ-czuć i na podstawie tego szukać wspólnych rozwiązań. Inaczej będzie to szkodliwe. Trzeba nauczyć się znajdować harmonię. Być czułym, odczuwającym, ale też wykorzystać to, że chcesz zrozumieć.
Myślę, że właśnie przez ten proces miałem problem opowiadać o swoim dniu. Potrafiłem tylko sklecić suchą listę co i jak zrobiłem. Ale to było już wszystko, nie było w tym emocji. Często bałem się takie rzeczy powiedzieć, leciałem z tym jak po łebkach, byle jak najszybciej to skończyć, by nie zanudzać. Wstydziłem się tego, że ja nie myślałem o tym, bałem się o tym myśleć, bo bałem się czuć.
Jutro może postaram się to zrobić. Opowiedzieć o swoim dniu.
Też udało mi się temu dzięki temu zająć się moją fizycznością. Moim ciałem. Wsłuchuję się w jego potrzeby. Wtedy, gdy są. Pomogła mi w tym też praca nad tym, co tak naprawdę chcę, która wraz z wyciszeniem się i wsłuchaniem się w siebie pozwala dostrzec małe sygnały, które ciało, z którego się przecież składam w jedną całość, wysyła mi. Wcześniej starałem się robić wszystko od linijki. Jedzenie, spanie, picie. I dlatego często potrafiłem popaść w to, że piłem za dużo, potem za mało. Tak samo z jedzeniem, spaniem. Czy zmądrzałem? Nie do końca. Dalej nie potrafię normalnie jeść. Nie są to przynajmniej epizody bulimiczne, co kiedyś, więc jest progres. Hej! Wywieszam małą flagę zwycięstwa!
Następny problem, który się w wyniku tego narodził, to to, że potrafię się często rozkojarzyć. Nie jest to złe. W szczególności, jeżeli się tego wysłucha. Posłucha ciała, serca, umysłu, co się dzieje. Często są to jakieś internetowe głupotki, ale cóż, zdarza się. Ale przez to, że nie mam kompulsywnych chęci aż tak często, szybko da się na tym przyłapać. Ogólnie człowiek jest bardziej świadomy.
Ale oznacza to też, że jestem bardziej spontaniczny. Nie wszystko musi być pod kontrolą, zaplanowane. Ot, mogę chcieć coś zrobić, zrobić to, i pójść dalej. Trzeba pamiętać o większym obrazie, rzeczach, które trwają. Nauczyć się jak to robić. Nie wiem jak to teraz wyjdzie. Przegapiłem dzisiaj parę rzeczy, i choć nie czuję o to do siebie złości, co, jeżeli tak będzie przez następny miesiąc? Jeżeli nie zacznę, i stanę w miejscu.
Trzeba znaleźć sposób. Wewnątrz. Na zewnątrz. W sobie. Z innymi.
Z emocjami.
Z sercem.
¿ǝʍoןƃ zsɐɔɐɹqo oƃǝzɔɐןꓷ
Miłego dnia wam wszystkim!
#przyszłość #zrozumienie #samorozwój #życie #monolog #głos #glos #kontrola #przeszłość #rozwój #pragnienie #pragnienia #wiara #nadzieja #miłość #będzie #dobrze
ENG
All my life my voice accompanied me. It judged and spoke. My never-ending inner monologue. I tried to understand and describe the world with it.
This day was strange. Long, long conversations, chance meetings, thoughts. But most of all, confronting my fears. First fire went something that hehe, I won't tell. But not about that! Instead, I'll tell about my last fear, which I greeted nicely today. I was always afraid of whether I had schizophrenia. I've never heard strange voices in my head, or seen unreal images (I'm practically unable to imagine anything at all when I close my eyes. Although, I will say this, lately whether I want to or not, images of memories and moments appear). I just saw the world.
However, I always tried to connect things and thoughts into threads, tried to weave them together, looked for their common sense in which they connect. I saw signs in them. If I was already doing something, it was only because I thought this was what the future was supposed to be, so I wanted to pursue it. The future that was supposed to come out of them. And I, of course, do not know the future. That's why I was often paralyzed when I didn't know what was going to happen. It struck me when what I thought was going to happen didn't happen. I didn't understand what was happening.
Typical overthinking, which took away my freedom of my choice.
I fought the paralysis for a long time. The same with unbreakable passivity. Being a perpetual observer. I was throwing myself into something, having a straw urge. Ot, the thought prompted, I did, but what next? I was able to accomplish something, only to then simply stop. I repeated the process. One time. The second. And I came to a certain solution over time. What if sometimes I do something without sense? Without a reason? After all, I don't have to work for a purpose. Ot, I will work for nothing, just like that. My thoughts ran like this: if I'm looking for reasons to do something, I'm looking for reasons to do something, and I'm not doing it. After a hundred such things, which took years, I simply did nothing. So all of a sudden I was creating, writing, learning, developing, but I didn't look for meaning in it, I didn't need reasons for it. However, it didn't give me any pleasure. I hated to work. I hated writing, creating, painting, drawing, doing anything creative. I didn't want to do it. I just disliked doing nothing more. Sometimes, I wanted to do something out of spite, especially if someone told me I couldn't do it or offended my pride. It was a mobilization that worked well. To show what I am not! I didn't want to write those texts here either. Good thing it was only for two days. At least I didn't burn out professionally, but always! XD
Lying on the ground, gazing at the Host (I'm Catholic), I let the silence fall. I always waited for some voice, some inner compass. I sent requests, mostly in prayers, and wanted very much to hear the answer. It was often the case that I heard them. Always with my voice. Sometimes I followed that voice, driven by the hope that something would happen. Sometimes it did happen. Usually it didn't. Sometimes it led to something beautiful, sometimes.... no. The voice always spoke in a way that resolved nothing. When I heard an answer in line with what I expected, I felt a lack of trust in it. In particular, when my requests were not genuine. I rejected them because that answer couldn't be true either. And when he said something different from what I hope for, I didn't want to agree with it, even when I felt I should. Sometimes I also heard an ugly truth that I didn't want to accept, but I knew it was the right thing to do. I accepted it. I always felt great fear.
But did anyone even speak to me?
Well, no. I was the one who needed that voice. It was to confirm that my thoughts made sense. It commented on the world, filled the void replacing ordinary human feelings. By the word "sense" I mean the right to the existence of these thoughts and dreams. Because yes, even in such a state a person dreams. I received from myself what I was looking for. Instead of listening to the voice of the heart, I threw myself in despair into meaningless work. If I do this, this will be that. That's not how the world works. When I agreed, but rejected, what I was hearing, I was like headless, I didn't believe in what I was doing, I didn't want to do it, so I was doing it wrong.
The monologue broke off rarely. Sometimes, for a brief moment, when I was wandering in the hot sun, just like that, in front of me, and I was too tired to think, it would go silent. That's why I still remember those hikes to this day. The sun, the sounds, the smells of the dry grasses. I had time then to focus on the here and now. Although I was in complete solitude and isolation I enjoyed it very much.
There were other moments when it disappeared. When something was mega interesting that grabbed me, and I would forget myself. A movie, a TV series, music, a conversation, another dear person, or sometimes, worse, sinking into some of my urges and fixations. Empty entertainment. I also think that's why I love to talk so much: words and thoughts merge into one. Although, if I'm honest, I also like to talk, because I like to talk ^^.
Now I think I was afraid of the loneliness in my head. The fact that I don't know what the truth is. I, being me, was actually alone inside all the time. I didn't have to wait for anyone's confirmation. I'm not just talking about my own destructive unhappy negativity. The words that were addressed to me, which were criticisms from loved ones or friends, and now I think, often unfair, looped in my head. I did not allow them to be silenced. They mobilized for action, but also did not allow me to fully feel, and know, what I want.
I wonder now, as I write this text, why this was so. Maybe I just did so many things wrong through my lack of focus, or got burned on my judgment so much that I decided to trust the judgment of others more, even if in the wrong way. I wanted them to decide for me. That voice was supposed to be something that decides. That's why it was so important to me. I procrastinated, instead of choosing for myself and acting, I waited for the confirmation that was never going to come, which would only give validity and right to what I was doing.
Today I tried to cut through this process. The word I tried is very much on point here. Because is this the end of the work? Of course not. I just don't allow myself to listen to it when I don't want to. I think I can do it now because I have opened myself to emotions. By feeling myself and the world, I can feel that I don't want something. By knowing that I don't want something, I can disobey it. I began to accept what I see, feel, sometimes what I hear. I notice with this silence in myself in the world, myself and others on the one hand more, but on the other hand less. I can focus better on what's inside, what's going on there, but I feel I'm losing a lot of things.
And the emotions are different. Sometimes bitter, sometimes sweet. Mostly sweet. Sometimes ot, I'll be reminded of something, I'll feel a sting in my heart, I'll experience it, but no longer without this intrusive monologue, I don't loop senselessly in these thoughts, I can just experience them calmly and accept them as they are.
But it could also be a mistake.
Maybe I should listen? Maybe I need to center it, not fight it to the end, because it's also some part of me. Find out what causes the urge to come up with this thought, bend over it, deal with it, heal it? Not to close the door? And the same thing must be learned to do maybe towards the other person? Not to change the part of myself that now runs my life. It would be so much easier. But I think it would be better to piece myself back.
Thinking about this world, I often lacked words. Their orphanhood and loneliness did not allow me to express what I wanted. I was able to make circles for a long time, looping, unable to say what I want. And because of this, I couldn't be heard, even when I wanted to. Ot these my words with their little shades.
I had never-ending dialogues in my head instead of carrying them out. I was afraid to ask about some things. I was afraid that it would hurt me, that it would hurt the other person. I didn't want to do that. Here you can see that I was more emotional than I thought, though. Heh. I cared. Going back: a long time ago, as a student, these dialogues alone were enough for me. When I had a problem, in my head I would try, seemingly in preparation for a conversation with the other person, to "carry out" the conversation. This allowed my emotions to escape, to calm me down, so I didn't feel the need to listen. The matter thought through, I no longer need to baffle it. Also another thing is that I didn't have much to talk to at the time. Nevertheless, I was surprised later that my real conversations, when I decided to talk after all, looked completely different. Sometimes they had something in common there, but they were always different, unpredictable. Fortunately, I like to see if how I see the world makes sense, so when I caught myself doing it once and a second time, I realized that it wasn't working. That I need to ask. I need to listen. And so for many years, with this change, I acted.
He continued. Often during a conversation, instead of focusing on what I was hearing, I listened to my own thoughts. I listened, but only to say what I had to say. It took me a long time to start listening to people. To break through the internal monologue that was explaining the world for me. I had different things to do with it, it was often that I caught myself that again, however, again you are talking to yourself, and not talking to someone else. And this is the man, K.!
Was it all good? Well, no. Did it also have its good points? Of course, some yes. Thanks to it I was able to understand and think a lot. Books, ideas, knowledge, other people's feelings. To take into my head and analyze them. The bad thing was that my head didn't ask much for permission, whether it could do it or not, and flooded me with these thoughts, but oh well. The monologue didn't quiet down even with close human contact. I was able to talk to someone and at the same time, not even so much that I was talking without focusing on his words, but just thinking about something else entirely. About big problems for which I wanted to find solutions. Because they were more interesting. Because they were more relevant. And the most relevant is always the person (well, unless someone is talking big bore, well let's respect each other too XD).
But today I realized that this map that I always wanted to be guided by me, she never ▋▋▋▋. I don't have a word for it, what was with her. I can't define it. As I said, I often lack words.
But what does silencing that voice mean to me? I remained alone in my head. That voice, a monologue, often insistent, which told what was wrong, what was right, became silent. That's what I got my feelings from. Reason is also necessary, I need to learn to use it, but now I will give more space to my emotions.
The fact that I am alone in my head is not a bad thing. Because there is a simple solution to this: you can go outside. Talk to someone else, hear someone else's opinion. I have a great need to talk.
I go with an open heart and mind. They interact. Not ideally, I continue to have bad thoughts sometimes. I was hoping my monologue would disappear right away forever. Nope-e. Sometimes it comes back when a hamster, a stress, an emotion I don't want to live through loops in my head. I relive them. Words now also appear when they bring me some meaning. After a long silence. I also hoped that the anxious thoughts would stop, but they don't. They are there. But they are there, because they are there. In this silence, without monologue, fears sometimes appear. Riding the bus, a sudden fear that the bus will crash into something. That I'm going to die, that it's over, I can't do any more. But now this emotion was accepted, not patted down, or worse ignored. Oj, I felt, it went on. It would be nice to complain to someone, but well, somehow I survived it, I have to figure it out. And just as an aside, a little on the funny side: There is a downside. I started talking to myself more. Things always worked best in my head when I talked to myself. Even better when someone was listening to it next to me.
All in all, the best conversations over the past few months have just looked like this. When the other party talked endlessly, and I sometimes asked a short question and answered with emotion. Those are the kind of conversations I want.
(I am nodding very emphatically as I write this XD) (K. who is correcting this text for the fourth or sixth time is also nodding very emphatically)
I also understood one of the reasons why I found it difficult to talk to people. I couldn't talk to them because we spoke two different languages. I, the "logical" one, trying to understand, the others, the sentient one (I'm not sure of this thought). While the goal or result can often be similar, they are different languages. I could not fully understand what the other person was saying, and the other party could not understand me. She didn't know my motives. I had the same goal - to help, to support. But I am afraid that I, from her side, from her point of view, was silent. That's why my words hit fertile ground so much when someone was looking for truth and meaning. And when I didn't know the truth and meaning my words were meaningless. Now it is necessary to learn to empathize and on the basis of that to seek common solutions. Otherwise it will be harmful. One must learn to find harmony. To be sensitive, feeling, but also to use the fact that you want to understand.
I think it was through this process that I had trouble telling about my day. I was only able to put together a dry list of what I did and how I did it. But that was all there was, there was no emotion in it. Often I was afraid to say such things, I flew with it as if it were a headline, just to get it over with as quickly as possible so as not to bore. I was ashamed that I didn't think about it, I was afraid to think about it because I was afraid to feel it.
Tomorrow, maybe I'll try to do it. Tell about my day.
I was also able to deal with my physicality because of it. My body. I listen to its needs. Then, when they are. I've also been helped by working on what I really want, which, along with quieting down and listening to myself, allows me to notice the little signals that my body, of which I am, after all, made up into one, sends me. Previously, I tried to do everything from a ruler. Eating, sleeping, drinking. And that's why I was often able to fall into the fact that I drank too much, then too little. The same with eating, sleeping. Have I wised up? Not really. I still can't eat normally. At least they are not bulimic episodes, what they used to be, so there is progress. Hey! I'm flying a little victory flag!
The next problem that was born as a result is that I can get distracted often. This is not a bad thing. Especially if one listens to it. It listens to the body, the heart, the mind, what's going on. Often it's some internet silliness, but well, it happens. But because of the fact that I don't have compulsive urges as often, one will catch on quickly. In general, a person is more aware.
But it also means that I am more spontaneous. Not everything has to be under control, planned. Ot, I can want to do something, do it, and move on. You have to keep in mind the bigger picture, things that last. Learn how to do it. I don't know how it will work out now. I missed a few things today, and while I don't feel angry about it, what if it goes on like this for the next month? If I don't start, and stand still.
You have to find a way. Inside. Outwardly. Within myself. With others.
With emotions.
With the heart.
¿uʍop ǝpı̣sdn ʇxǝʇ ǝɥʇ ƃuı̣pɐǝɹ noʎ ǝɹɐ ʎɥM
Have a great day you all!