Na urlopie "szkoda czasu". Przecież nie można leżeć 2 tygodnie. "Trzeba" gdzieś jechać. "Trzeba" wstać rano, żeby pojechać gdzieś kilkset kilometrów, żeby odpocząć.
Nie mam zazwyczaj problemu z leżeniem i odpoczywaniem w ten sposób. Lubię długo spać. No, ale w końcu nie po to się bierze urlop.
Zatem wstałam rano o tej samej godzinie jak do pracy. Wstałam, bo zmotywowało mnie zdanie "jak nie wstaniesz, to będziesz jadła zimne śniadanie".
Zapakowaliśmy auto milionem rzeczy. Bo przecież możemy... i ruszyliśmy na nasze wakacje.

Po zdjęciu można rozpoznać od razu, że udaliśmy sie na południe.... Gulasz z knedlikiem i "surówką" a do tego kofola. Czyli Czechy jak nic.
Ostrawy tym razem nie zwiedzaliśmy, tylko pojechaliśmy do Dolnych Witkowic.


Dolne Witkowice to dość duży kompleks huty żelaza, moim zdaniem ciągle jeszcze mocno niedoceniony.
Wstęp na teren huty jest darmowy, natomiast zwiedzanie z przewodnikiem niedostępnych części czy wejście na Bolt Tower są już płatne. Chcieliśmy napić się kawy w najwyżej położonej kawiarni w tym regionie, ale niestety nie bylo już biletów. Chociaż w samym kompleksie nie było widać tłumów ludzi.

Zdjęć z tego miejsca mam mnóstwo, ale nie oddają tego wrażenia ogromu.
Potem tylko jeszcze mocno średnia kawa w Hawierzowie i oglądanie dość interesującego urządzenia do wskazywania siły i kierunku wiatru w postaci małej orkiestry.
No a wieczór na czeskiej wsi, w czeskim domu, z czeskim piwem i winem i pierwsze ognisko w tym roku.
