To co było w pierwszym odcinku znajdziesz tu:
https://steemit.com/polish/@kolorowa.wedzma/ja-twoj-stazysta-czyli-co-w-trawie-piszczy-gdy-jestes-na-stazu-poczatek
Ruszamy w podróż po głębiach oceanu ludzkiej naiwności i rozczarowań.
Mija tydzień. Telefon jak milczał, tak milczy – a ty czekasz i czekasz, jak ten głupiec na środku wioski, sprawdzasz nerwowo telefon co 5 sekund, aż wreszcie, pewnego dnia... co to? awantura?- niee, to oni – Miasto Z dzwoni do Ciebie i mówi, że zaczynamy szkolenia i zapraszają znowu do miejsca X na spotkanie z doradcą zawodowym i psychologiem. Znowu w poniedziałek, tym razem o 8 rano.
Do miejsca X masz kawałek. Biegniesz z wywieszonym łozorem, uskuteczniając maraton piechura, brakuje Ci tylko wojskowego kombinezona OP1... taaaa, ty masz swój własny... Sukienka, szpilki, płaszcz – bo przecież rzecz dzieje się w pipierniku, więc Tobie, eleganckiej kobiecie, nie wypada się wycmokać i marznąć. Więc biegiem do miejsca X! Jesteś za pięć piąta i stoisz, i znowu czekasz. Czeka z Tobą ONA – najbardziej klawa babcia, jaką poznajesz. Emerytka, która z nudów idzie na staż unijny – Babcia Sylwia! Na początku grzecznie, z taktem, w końcu ty, idiota od cyrkowych sztuczek, masz być... sz....ką sekretarką, wiec obowiązuje Cię styl, nie będziesz przecież się wydurniać. No, ale że swój do swego ciągnie, okazuje się, że i Babcia Sylwia co swoje za uszami ma, a mianowicie jeździ jako "plecaczek" swojego Chrupka(pieszczotliwe określenie jej męża) na chopperze... tak, tak – babcia z pasją. Ta wartka emerytka stwierdza, że jeszcze w takim burdelu ona udziału nie brała i jak się poirytuje, to sobie pójdzie. Oczywiście Pani psycholog i Pani doradca zawodowy... się spóźniły. Zaczynasz czuć już nosem, a żyłka ci delikatnie przypomina o sobie – mówiąc, że to będzie dobry dzień. Wreszcie się pojawiły, przesympatyczne panie, które przywiozły ze sobą tony makulatury do wypełnienia. I siedzisz z nimi 3 godziny, i ogarniasz ten bubel - jak byś nie miał nic innego do roboty. Przecież bezrobotny co może innego robić, niż uskuteczniać pierdololo z uroczymi paniami, zajmującymi się jego aktywnością zawodową?
Oczywiście nie obyło się bez rozmów telefonicznych z prezesem, który to koordynuje, nie obyło się też bez zbędnej makulatury i pomylonej dokumentacji projektowej... już wtedy masz ochotę zaśpiewać „Znowu w życiu mi nie wyszło”, ale dzielnie się trzymasz (krzesełka, by nie spaść ze śmiechu...) Panie, chociaż miłe, świecą oczami, nic nie wiedzą, ale skrupulatnie tworzą "umowę socjalną", pewien opis, charakterystykę, profil uczestnika projektu. Znowu czujesz, że to ściema, no ale co masz zrobić... Oczywiście pomagasz im to wypełnić, robiąc z siebie bezzzemózga. Na twarzy przybierasz tę cudowną minę pt. „Uśmiech nr 5, proszę” i analizujesz. Główka pracuje!!! Czas na pytania: oni tak je kochają, zwłaszcza kiedy nie znają odpowiedzi i muszą użyć kluczowego słowa: „Nie WIEM!” Jak zwykle niewygodne: a po co muszę podpisać aż 3 różne listy obecności? A kiedy zacznie się szkolenie? A po co to, a po co tamto?!
No po dwóch godzinach Panie mają Cię dosyć. W swojej naiwności myślały, że będą miały do czynienia z kimś mało ambitnym? Kierują więc rozmowę w kierunku Twojej pasji. Niestety, trochę się odkrywasz i zaczynasz mówić o tym i o tamym, i o siamym, i owamtym, a Panie podłapują temat i ciągną za język... Jednak jesteś dość naiwna i dalej paplasz trzy po trzy – oczywiście Pani doradca zawodowy obiecuje Ci złote góry. Po uściskach dłoni prawie prezesa i po uśmiechu z namaszczeniem wychodzisz i... słuch o dalszym szkoleniu zaginął. Znowu czekamy na telefon...