Niejednokrotnie spotkać się można w dyskusjach o filozofii lub religii z tematem udowadniania istnienia sfer mistycznych, bytów mistycznych - w tym bogów, Boga. Wydaje się ciekawym tematem kwestia, czy należałoby oczekiwać od każdego człowieka wierzącego, by to na nim spoczywał ciężar wykazania istnienia sił i istot nadprzyrodzonych, czy winno to spoczywać na barkach osoby wątpiącej w takie zjawiska, czy też owa "powinność" leży równomiernie po obu stronach.
Jest to kwestia dotycząca samej kwintesencji podejścia do logiki. Czy przyjmujemy za to co jest za podstawę, czy też uznajemy, że wszystko może się zdarzyć zawsze i nic nie jest i nie będzie nigdy pewne, gdyż w wyniku działania sfery mistycznej - nie związanej z logiką - może się zawsze wszystko wydarzyć, powstać.
Krócej - czy to wierzący winien udowodnić Boga, czy niewierzący jego brak, czy też obie strony są w tej kwestii tak samo zobowiązane przez logikę.
Jak można było by na to spojrzeć:
Pętla na dole może trwać w nieskończoność.... Tylko oparcie na rzeczywistości może mieć sens przy udowadnianiu czegokolwiek. Uczucia są niemożliwe do weryfikacji jako źródło prawd o tym, co jest i czego nie ma. Każdy ponad to może mieć inne uczucia w tych samych kwestiach - np. wiara (oparta w swej istocie na uczuciach) wyznawcy Allah'a jest na poziomie wiary/uczuć tym samym co wiara hinduisty - jak zatem rozsądzić który z nich ma rację, skoro jeden twierdzi np. że jest jeden bóg a inny, że jest ich wielu?
Uczucia nie rozsądzają o istnieniu. Zatem wiara też nie. Wniosek: to na osobie wierzącej spoczywa obowiązek wobec rozmówcy/rozmówców udowodnienia istnienia swych wierzeń - i to metodami opartymi na rzeczywistości nie mistycyzmie.